Typową podśmiechujką, kiedy facet jest niewystarczająco męski, niekanonicznie samczy, jest nazwanie go ciotą. W wielu kręgach dzieje się to na porządku dziennym. Samo określenie może być i pozytywne i pejoratywne, zależnie od tego czy powiesz to sam o sobie, wrzeszcząc na widok pająka, czy Seba powtórzy to po raz dziesiąty, kopiąc cię po potylicy. Wiadomo, wszystko zależy od punktu widzenia, siedzenia, tudzież leżenia na ziemi w kałuży krwi. Jest tak dziś, było tak dwadzieścia lat temu, tak samo było też lat temu siedemdziesiąt.

Tyle że w latach pięćdziesiątych bycie ciotą równało się społecznemu ostracyzmowi. Głośno się o tym nie mówiło, częściej szeptało, EWENTUALNIE rzucało znaczące spojrzenia. Mało kto chciał być wykluczony czy odizolowany, szczególnie w młodym wieku, kiedy tak bardzo łaknie się akceptacji rówieśników. Homoseksualizm w filmie był więc wyrażany niebezpośrednio. Że niby tutaj – he he – zażartujmy troszkę jaki ktoś ma duży biceps, tam – hi hi – jedna pani będzie ociupinę zbyt nachalnie podziwiać biust drugiej. Nie było mowy o otwartości, nawet kiedy wszystko wokół wiedzieli co gra i o co ten tego.

Kino traktowało temat albo moralizatorsko, albo na śmiesznie. W uroczej komedii romantycznej z Doris DayTelefonie towarzyskim – seria pomyłek sprawia, że główna bohaterka dzieli linię telefoniczną z żigolakiem, którego prawdziwie nie znosi. Sprytny jegomość postanawia uwieść Jan Marrow w świecie realnym. Nie ujawniając swojej tożsamości, udaje szarmanta i dżentelmena z prawdziwego zdarzenia. Jednocześnie, z zacisza własnego miłosnego gniazdka (ma nawet guzik do zasłaniania okien i zamykania drzwi!), stroni sobie z niej żarty. Że ten facet z którym się teraz spotyka to taki grzeczny, taki cacany. Że pewnie zaraz zapyta czy mogą razem szydełkować. Że pewnie będzie zachwycał się kolorem jej sukienki. A wiadomo o co z takimi biega, wczoraj się nie urodziliśmy. Insynuuje, że tylko gej chciałby się z nią spotykać, bo nie zainteresowałby PRAWDZIWEGO mężczyzny. Bo gej to przecież taki pół-facet. You gotta laugh.

Z innej strony ugryzł temat Vincente Minnelli w Herbacie i sympatii. Domniemany homoseksualizm głównego bohatera wystawia go na wyszydzanie i odrzucenie ze strony szkolnych kolegów. Bo lubi słuchać muzyki klasycznej, nigdy nie chodzi na tańce z dziewczynami i chce grać w sztukach teatralnych. Poczciwa Laura, właścicielka domu w którym chłopiec mieszka, jest tym szczerze zmartwiona. Nie uderza jednak w zgryźliwe dzieciaki, a w samego Toma. Jeśli znajdzie mu pannę, tak wszystko zaaranżuje, by inni zobaczyli w nim samca alfa i odetchnęli z ulgą, może i on poczuje się lepiej. Tak samo zatroskana wydaje się matka Klausa z Innych niż ty i ja (Anders als du und ich), starając się spiknąć go ze służącą. A wszystko dlatego, że chłopak za dużo czasu spędza ze swoim przyjacielem, Manfredem.

Co prawda film ten jest dość kontrowersyjny, bo niejednoznacznie porusza też temat wykorzystywania nieletnich (albo letnich na skraju nieletności). Postać doktora Borisa, od pierwszych scen przedstawiana dość demonicznie, budzi wiele podejrzeń. Pięćdziesięciolatek zaprasza do swojego domu nastolatków, by wspólnie kontemplowali sztukę, pili wino, palili papierosy i uprawiali zapasy, jak za dobrych czasów starożytnej Grecji. Nie zmienia to jednak faktu, że Bogu ducha winni geje są w tym filmie piętnowani. Matkę Klausa musi spotkać kara za obrzydliwie łapówkarstwo (przekupiła w końcu gosposię, by ta przespała się z jej synem), ale na szczęście w zarodku zwalczyła NIEBEZPIECZNE TENDENCJE swojej pociechy. Sąd składa jej nawet z tego powodu gratulacje, a sam Klaus przeprasza, że swoim zachowaniem doprowadził do takiej sytuacji!

Równie wątpliwa moralnie wydaje się produkcja najgorszego reżysera świata, Eda Wooda. W Glenie czy Glendzie porusza temat transseksualizm. Poza tym, że film jest zły pod każdym względem, kwadratowy i sztuczny, a scenografia wali się w tle, nie określa też jasno po której stronie barykady stoją twórcy. Z jednej strony podjęli się obserwacji problemu osoby transseksualnej, która powoli odkrywa swoją naturę. Z drugiej Glen negują ją i nie godzi się na nią.

Amerykańscy twórcy wydają się dużo łaskawsi, jeśli przyjrzymy się obrazowaniu lesbijek. Próżno szukać jednak na ekranie otwartych kobiecych związków, pełnych emocji wyznań, a każda przedstawicielka płci pięknej, koniec końców, wychodzi za jakiegoś przystojniaka. Wykreowano jednak bohaterkę, którą dzisiejsze subkultury nazywałby butch. Męski babki wiodły prym w kinie lat pięćdziesiątych, w westernie szczególnie. Jedną z nich była Calamity Jane. Choć od początku wiadomo, że kocha się w swoim wrogu, niejakim Billu Hickoku, bardzo dużo uwagi poświęca aktorce, Katie Brown. Zachwyca się jej urodą, ciałem i wyczuciem stylu. Można pomyśleć, że chce być nią. Można też dumać, że chce być z nią.

W Johnnym Guitar również mamy dwie bohaterki kobiece. Jedna z nich, grana przez szaloną Jane Crawford, buja się oczywiście w męskim i silnym kasanowie. Druga za to nie pragnie niczego innego, poza śmiercią swojej konkurentki. Emma Small za wszelką cenę chce pozbyć się z miasta pięknej Vienny. Jest bezwzględna, niezależna, gardzi mężczyznami (albo i całym gatunkiem ludzkim). Przy tym jest zła do szpiku kości. Ale hej! Niech się cieszą lesbijki! Może jest jedną z nich! Juhu!

I kiedy za oceanem napomykano i sugerowano, stary ląd się nie cackał. W 1954 roku powstał we Francji film na podstawie teatralnej sztuki Jeana-Paula Sartra, Przy drzwiach zamkniętych. A w nim trzy przypadkowe osoby lądują razem w tajemniczym hotelowym pokoju. Szybko okazuje się, że coś jest nie tak – nasi bohaterowie są martwi, a my obserwujemy ich piekło. Garcin trafił tam za tchórzostwo, Estelle za oddanie pysze, a Ines za nieposkromione żądze. Ta ostatnia, za życia zakochana w pięknej i młodej mężatce, nie zawahała się uwieść jej. Dziewczyna, targana wyrzutami sumienia, postanowiła zabić siebie i Ines, wybrała śmierć przez zaczadzenie. W ten sposób nasza heroina trafiła do piekła, a tamta spryciara wyszła z sytuacji bez szwanku. Masz ci panie sprawiedliwość. Za autorem – piekło to inni ludzie.

U Sartra homoseksualizm jednej z bohaterek jest jawny. Ba! Nie jest nawet głównym tematem sztuki – równie dobrze Ines mogła uwieść jakiegoś chłopca. Jej orientacja niczemu specjalnemu w Przy drzwiach zamkniętych nie służy, nie ma ani piętnować, ani wychwalać. Jest po prostu częścią składową charakterystyki postaci. To całkiem sensowna obserwacja – bez względu na wyznanie, przynależność etniczną, seksualną, wiek czy wygląd, wszyscy ludzie mają coś za uszami. Życie.

Francja w ogóle była krajem dość odważnym jeśli chodzi o opowiadanie homoseksualnych historii. Żył tam pewien hultaj. Taki hultaj, o którym Sartre napisał opasłe tomiszcze. Hultaj o którym śpiewają w Beautiful Boyz dziewczyny z Cocorosie. Hultaj, który popełnił kilka wybitnych książek, z Matką boską kwietną na czele. Postać tak tajemnicza, że do dziś spierać się można, które fragmenty jego biografii to zdarzenia faktyczne, a które wyssał z palca, kreując swój wizerunek. Nazywał się on Jean Genet. W 1950 roku spisał scenariusz i sam wyreżyserował krótki film pod tytułem Pieśń miłości. Poruszył tam swoje ulubione tematy: życie więzienne i brudne porządnie. Męskie ciała, mokre od potu, przewijają się przez ekran, w odmętach papierosowego dymu. Kontrowersyjnie. Awangardowo. I bardzo ładnie. Można sobie popatrzeć.

Ciągle była to jednak rzadkość, a ludzie tacy jak Genet (on akurat z wyboru i dumnie jak paw) żyli na skraju społeczeństwa. Nie pomagało na pewno to, że w mejnstrimowym kinie przedstawiani byli jako ci, którym dobroduszne ciotki chcą usilnie pomóc wrócić na dobrą drogę, a których koledzy z pracy ośmieszą publicznie. O ile w Europie twórcy cieszyli się jako-taką wolności, w Stanach Zjednoczonych otwarcie homoseksualne postaci nadal nie miał prawa zaistnieć na kinowych ekranach. Kobitka mogła być silna i niezależna, ale przy tym koniecznie kanciasta i niesubtelna. A facet to musiał być facet, wiecie co jest.