Narysowałam na sobie Łukasza Jakóbiaka i to zmieniło moje życie [Gąska]

406
views

Człowiek jest tak skonstruowany, że gdy tylko dostanie mniej lajków, od razu mu się żyć odechciewa, już nie mówiąc o dalszym zbieraniu do koszyczka oznak aprobaty (lub dez) od obcych ludzi. A robienie wokół siebie szumu (czyli realizowanie celów oraz ambicji, a także marzeń) pochłania energię jak czarna dziura, o której wiadomo, że ma grawitację nieskończoną i że zjada wszystko, co się pojawi na horyzoncie zdarzeń.

Co jednak wiemy dzięki istnieniu Internetu? Wiemy, że kiedy realizacja aspiracji jest zagrożona, trzeba poddać się oczyszczającej kąpieli w źródełku bijącym na fanpejdżu któregoś z szamanów coachingu. Jest ich kilku, każdy z nich ma swoje złote recepty (w większości niestety wymagające zastosowania w praktyce) często czaso- i energochłonne. Ostatnio jednak okazało się, że tylko często, bo bywa także inaczej.

Łukasz Jakóbiak, Człowiek Spersonifikowane Spełnienie Marzeń, udostępnił w zeszłym tygodniu fotografię nogi jednego ze swoich followersów, na której widniała podobizna nie kogo innego, jak Łukasza Jakóbiaka właśnie. Zdjęcie opatrzone zostało komentarzem, że Łukasza cieszy to, jak sprawnie motywuje inne osoby do realizowania marzeń, chociaż nie do końca wiadomo czyich, no ale załóżmy optymistyczny wariant, że nie Łukasza.

Zachęcona taką prostą receptą na osiągnięcie sukcesu narysowałam sobie Łukasza na łydce (trochę na odwal się, bo mi się jeszcze nie chciało) i poszłam spać z nadzieją, że może coś się wydarzy w ciągu nocy. Rano wstałam jakby inna, zupełnie odmieniona. Pierwszą rzeczą, o której pomyślałam była dieta pudełkowa, ale potem przypomniałam sobie, że wcale nie muszę się odchudzać, więc ten obszar mogę sobie jakby odpuścić. Następnie pomyślałam: a może bym tak przebiegła dzisiaj maraton? Świetny pomysł. Doskonały. Wybitny. Założyłam rajtuzy i wybiegłam w chlapę prosto, a ta chlapa to zupełnie, jakby z ptasiego mleczka była zrobiona. I biegłam, i biegłam, i biegłam. I smogu jakby nie było, tylko zamiast tego odświeżacz powietrza wypuścili do atmosfery. Łukasz na mojej łydce puszczał w tym czasie oczko do przechodniów, chociaż oni o tym nie wiedzieli, bo chłopak pod skarpetką siedział. To, że nie wiedzieli zresztą nie minimalizowało siły oddziaływania wizerunku YouTubera, bo im bliżej łydki się znajdowali, tym bardziej rozpogodzone mieli oblicza, zupełnie jakby im się przypomniały wszystkie czekoladki, które pochowali po szafkach w chwilach samo-nienawiści.

Pod wpływem Łukasza dobiegłam aż do Krakowa. Zupełnie nieoczekiwanie ruch w Internecie zaczął się kręcić z powrotem, a ja poczułam, że jeszcze kiedyś pójdę na kawę Elonem Muskiem i że zostanę jego żoną i w ogóle spełnią się moje wszystkie marzenia, jakie mi się zamarzyły kiedykolwiek bądź, czyli że jako żona Elona Muska będę mogła zamieszkać na innej planecie już w pierwszej testowej partii ludzi katapultowanych w kosmos i to w ramach lotu premium. Statek kosmiczny będzie miał mianowicie złote okucia w tej tubie, co będę sobie tańczyła w środku kosmiczny balet.

I teraz pytanie: czy w kosmosie można puszczać bańki mydlane? Bo nie wiem.

A potem Łukasz się zmazał wraz z pierwszą kąpielą z łydki mojej. I znowu jest smog. I hejtują mnie fani Little Munster 96, że jestem brzydka i że na mnie produkty nie wyglądają tak dobrze, jak na niej. I że ja nie zasługuje na to, żeby mieszkać w centrum handlowym. Co nadal uważam, że jest niesprawiedliwe. I będę to powtarzać tak długo, aż osiągnę satysfakcjonującą mnie liczbę followersów.


tekst: Joasia Gąska
zdjęcie: Kasia Dziarnowska

PODZIEL SIĘ