Podśmiechujki z queeru: początki kina i puszczanie oka (na razie)

Wiadomo wszem i wobec jak kino się zaczęło – że najpierw ci bracia Lumière, potem Georges Méliès, smoki, księżniczki, loty na Księżyc i magiczne triki. Później zaistniała grupa rzemieślników, a każdy z nich trzaskał po sto pełnych metraży rocznie, byle jak, żeby były. I w końcu, powolutku, zaczęli pojawiać się pierwsi reżyserzy, którzy film traktowali bardzo osobiście, popychali go w inne niż dotychczas kierunki.

Te wszystkie nieme produkcje traktowały absolutnie o wszystkim. O pociągach, o łódkach, o grze w karty, o podlewaniu kwiatów. Sam fakt, że można coś kamerą zarejestrować, a później odtwarzać nieskończoną ilość razy, był wystarczająco ekscytujący, by nie skupiać się na skomplikowanych fabułach. To tak jak się jechało dwadzieścia lat temu na wakacje do Łeby, z pierwszym w życiu VHS-em i Halina, kręć wszystko co możesz.

W końcu zaczęły wylęgać się pierwsze, proste bo proste, historie. Ludzie znajdowali w kinie odzwierciedlenie życia. Czarni znajdowali. Kury domowe znajdowały. Robole znajdowali. Co grupa to film. A geje i lesbijski to co?

Dla niektórych jest to wciąż wielkim zaskoczeniem, ale homoseksualiści nie chodzą po tym świecie od wczoraj. Diana Ross zrobiła Coming out w 1980 roku, a i nie jeden faraon, 15 stuleci przed naszą erą, spoglądał pożądliwie na swoich kolegów. W naszym kraju szczególnie trudno w to uwierzyć, w głowach się nie mieści. Jednak i przedstawiciele queeru znaleźli w filmach swoich reprezentantów. Smutne były ich początki w kinie – i na świecie, i w Polsce. Smutne dla geja i lesbijki, choć pewnie oglądali te wszystkie filmy z oczami jaki pięć złotych, bo w końcu ktoś o nich mówił, nieważne jak.

Kino uznało obrazowanie homoseksualizmu za świetny sposób rozbawiania widowni. Za pierwszy film przedstawiający postać geja uznaje się nakręcony już w roku 1912 Algie, the Miner. Postać Algiego była przegięta jak sto pisiąt, kokietując panów, a wszyscy zaśmiewali się, mówiąc O jakie to zabawne. O jakie to komiczne. Facet do faceta. A Algie mrugał okiem.

W końcu utarło się określenie, którego używano, mówiąc o przerysowanych postaciach gejów, tym słowem było Sissy – zdrobnienie słowa sister. Jak można się domyślić był to tytuł obraźliwy i upokarzający. Jesteś pedałem w szafie, bo boisz się publicznego linczu, idziesz do kina, a cała sala pęka ze śmiechu – Patrzcie jak ten Sissy się rusza. Niefajne.

Fenomen takiejże postaci rozszedł się po świecie niemiłosiernie szybko – co kraj to kolejny Sissy. W Polsce dla przykładu Sissy pojawia się już w międzywojniu – najpopularniejszym odtwórcą postaci queerowych był Eugeniusz Bodo. Nasz własny rodzimy fircyk, że niby tu Grossówna, tam Mankiewiczówna, ale tak się wygina, tak zerka, że wszyscy wiemy co jest. Usta podkreślone, na oku kreska, uśmiech niewinny i zbyt namiętne machanie nadgarstkami.

W końcu Sissy weszło do queerowego slangu, choć wciąż jest określeniem, którego należy używać ostrożnie, czytaj: nie mów Sissy, jak nie jesteś gejem. Trochę jest z tym jak z nazwaniem czarnego Nigga. Wiem co mówię – kiedyś nierozważnie odezwałem się tak do znajomego z Etiopii, myślę sobie Przecież jestem jego dobry koleżka to wypalam: Nigga, please. Był święcie zbulwersowany, chociaż słyszałem jak cały czas używał tego określenia, gadając ze swoimi ziomkami. Tu jest tak samo – nie nazywaj pedała pedałem, kiedy sam nie jesteś pedałem. Jak jesteś to możesz, taka logika.

Ogólnie przyjęło się, że facet i faceta, babka i babka, to świetny motyw komediowy i zaczęto eksploatować go w coraz większej liczbie produkcji. Był taki film Królowa Krystyna. Jak ktoś się zna na historii to wie co nieco o jej życiu, jak ktoś się nie zna to niech sobie ten film obejrzy – za dużo się nie nauczy, ale popatrzeć można.

Jest w nim taki motyw – Krystyna, w przebraniu, przybywa do oberży i wynajmuje tam pokój. Schodzi na dół, żeby napić się piwka i wpada na przystojnego Hiszpana. Smoltok smoltokiem, koniec końców lądują w jednym pokoju. Przypomnijmy, że wszyscy widzą Krystynę jako mężczyznę. Hiszpan rzuca jej pożądliwe spojrzenia, no ale przecież nic nie zrobi. W końcu Krystyna, szykując się do snu, ściąga płaszcz. I wiecie co? MA PIERSI. Hiszpan może odetchnąć z ulgą – Aleś mnie wkręciła, od pierwszego wejrzenia byłem w tobie zakochany, ale myślałem, że nic z tego nie będzie boś facet. No tak, no bo to się przecież nie godzi.

W Polsce mieliśmy tego motywu różne odwzorowania – dla przykładu przeuroczy Czy Lucyna to dziewczyna?, w którym niedoceniana Lucyna przebiera się za Lucka. Zakochuje się w niej oczywiście główny męskim bohater. Flirtują przez cały film jak jasna cholera, no ale Lucek, co ty się tak na mnie patrzysz dziwnie, jak zakochany, ja nie z tych. Widownia sika ze śmiechu, bo oni wiedzą, a ten biedny Stefan (gra go Bodo) nie. Wiadomo, że skończy się to dobrze – Lucyna okaże się dziewczyną, będą mogli skonsumować związek. Bo tak to by nie mogli. Lucek i Stefan, brzmi jak dowcip.
Lesbijki z początku XX wieku też miały na co popatrzeć. Uznawano, że kobieta w spodniach i marynarce to kolejny motyw, który ubawi publikę. Marlena Dietrich miała na swoim koncie niezliczoną liczbę ról, w których paradowała po ekranie przebrana za (całkiem ponętnego) mężczyznę. Wyglądała sexy i podobała się wszystkim. W 1930, w Maroku pojawiła się – ku rozbawieniu ogółu, rzecz jasna – pierwsza w historii scena lesbijskiego pocałunku. Dietrich występowała jako kabaretowa piosenkarka. Podczas jednego utworu, kokietując publikę, dała całusa jednej z klientek lokalu.

Lesbijki mogły pomyśleć Osz ty, w pytę, jest dla nas nadzieja. Geje też mogli tak myśleć, bo to tu, to tam przewijały się sceny, bardziej lub mniej, aluzyjne. Nikt chyba nie spodziewał się, że już za kilka lat postaci queerowe zostaną na długie lata wyeliminowane z amerykańskiej (czytaj: najpopularniejszej) kinematografii. Wszystko za sprawą Kodeksu Haysa. W latach 40. można było jedynie pomarzyć o otwarcie gejowskich postaciach. Wtedy, z łezką w oku, wracało się do niemych filmów, jak Judyta z Betulii czy Salomé, marząc o lepszym jutrze.

Trochę piszę do szuflady. Zdjęcia trochę robię. Trochę kręcę. Wszystko do szuflady. Trochę historia sztuki, trochę filozofia, trochę historia filmu. Wszystko trochę, nic na sto procent. Przez większość czasu jestem zmieszany.
PODZIEL SIĘ