Disco polo to przyszłość! [GĄSKA]

861
views

 „Wybierzmy przyszłość oraz styl”

Tak śpiewał wokalista zespołu Top One w piosence wyborczej Aleksandra Kwaśniewskiego z 1995 roku zatytułowanej tautologicznie „Ole Olek!” To zdecydowanie niedoceniony utwór, tak samo jak niedocenionym jest samo disco polo, do którego aspirują liczni artyści muzyki prawdziwej, będący jednak zbyt ukształtowanymi, by podobnie jak ich alter ego ze świata disco polo, beztrosko ocierać się o geniusz za każdym razem, gdy dotkną keyboardu.

O disco polo krążą różne legendy miejskie. Że poza miastem jest wielki rynek zbytu na złą muzykę, a artyści latają helikopterami (jak Kanye West) do Rabki, czy innego Żabiego Udka w mistycznym polskim interiorze na wielkie, wypełnione falującymi fanami koncerty. Czasami stoję w jakiejś losowej grupie ludzi interesujących się szeroko pojętą muzyką i pada takie zdanie: „A zróbmy piosenkę disco polo. Przecież to takie proste.” I dookoła przez chwilę unosi się słomiany zapał i się tli, aż nie wygaśnie rozmowa wokół faktu, że jednak nie da się pisać tak złych piosenek, że jest to po prostu niemożliwe.

„Prostota może być trudniejsza od komplikacji: trzeba się ciężko napracować nad wydobyciem czystej myśli, która pozwala na prostotę. Ale warto – bo kiedy już się to ma, można przenosić góry.”

To cytat ze Steve’a Jobsa, którego autorytet uznaje każda grupa wiekowa i demograficzna, bo zrobił prosty i ładny telefon. Takim Steve’m Jobsem polskiej muzyki jest, obawiam się, Zenek Martyniuk z tymi oczami,  oczami zielonymi, przez które o-sza-lał.  Rytm weselny plus bardzo stanowcza linia melodyczna bez zbędnych komplikacji plus częstochowski tekst o miłości, zinfantylizowany do granic wytrzymałości ludzkiego umysłu, żeby można było się jedynie w związku z nim turlać ze śmiechu i nic więcej – aby wytworzyć treść tego rodzaju trzeba odrzucić prawie wszystko, zostawiając li-tylko elan vital.

Miejski, undergroundowy artysta nigdy się na to nie zdecyduje, a nawet jeśli, to nigdy nie oprze się pokusie, żeby sprawę skomplikować. Zawsze go poniesie jakaś niepotrzebna neurotyczna skłonność, jakaś powaga wprowadzi w muzykę weselną zbyt skomplikowane cokolwiek i będzie wiadomo, że to nie wielka, nieskrępowana radość przywiodła awangardowego artystę na te bachanalia, ale chęć przekonania się, czy naprawdę w interiorze jest drugie Hollywood, tylko objęte estetycznym embargiem, bo ambitni artyści muzyczni są obrażeni na tych innych, że bezczelnie się cieszą cieszeniem się z cieszenia się. A tymczasem wesele się toczy i nawet hipster o 3 nad ranem, gdy w nie wrzucony, zachowa się po weselnemu, czyli zatańczy symbolizujący Polskę najdoskonalej chocholi taniec.

Podobno najbardziej udanym żartem z disco polo było „Mydełko Fa”, doskonały utwór wyrażający pełnię szczęścia z kąpieli pod prysznicem w towarzystwie prezenterki telewizyjnej i mydełka. Ale to i żart, i nie. Siła tej piosenki tkwiła w uniwersalnym, prawdziwym przekazie, z którym każdy mógł się utożsamić (49 procent populacji), tzn. goła baba przekłada się bezpośrednio na szczęście.

W ogóle, gdyby nie zupełna niemal amuzyczność disco polo, z uznaniem przyjęłabym frazy „jesteś słodka jak cukierek, ale masz swój charakterek.” Nie bez powodu w końcu zdecydowałam się na pseudonim artystyczny Joasia Gąska (podwójne zdrobnienie). Lubię, gdy ktoś mnie nazwie podwójnym zdrobnieniem, bo to przystaje do mojej tożsamości zbliżonej do beauty blendera (taka gąbka do rozcierania podkładu na twarzy, co wszystkie smarujące się laski się nią teraz smarują).

Kończąc mój felieton o tym, że przyszłość wybrała disco polo, to znaczy styl (albo, że disco polo wybrało styl albo że disco polo jest czystym stylem i dlatego sprawdziło się w przyszłości <future is now w stosunku do kampanii wyborczej z roku 1995>), dodam, że nie ma nic bardziej queerowego, niż disco polo, co jest niezwykle śmieszne w różnych bieżących kontekstach. Się gra, się ma, grać jednak trzeba umieć.


tekst: Joasia Gąska (Facebook / Instagram / YouTube)
zdjęcie w stylizacji na Muzeum Sztuki Nowoczesnej

PODZIEL SIĘ