fbpx

tylko jedna reklama


„Smoleńsk” – najpóźniejsza recenzja filmu w 10. rocznicę tragedii

„Smoleńsk” – najpóźniejsza recenzja filmu w 10. rocznicę tragedii

Film Smoleńsk, który ostatecznie ukazał się we wrześniu 2016 roku, sześć i pół roku po katastrofie, miał wstrząsnąć ludźmi i pokazać nieznane fakty. Wstrząsnął, to prawda. Był to wstrząs spowodowany ciarkami żenady, że coś tak złego, brzydkiego i głupiego vogule się ukazało.

Nie jest łatwo zrobić film bazujący na wielkiej, narodowej tragedii. Zwłaszcza zaledwie kilka lat po niej, gdy rany po niej jeszcze na dobre nie zabliźniły się, a emocje jej towarzyszące wciąż były żywe w społeczeństwie.

Antoni Krauze, reżyser tego dzieła, stworzył dziwny twór pozbawiony ciągłej fabuły, przedstawiający mniej lub bardziej powiązane ze sobą sceny, często przedstawione w sposób idiotyczny i uwłaczający dla oglądających.

Ciężko traktować Smoleńsk jako film oparty na prawdziwych zdarzeniach. Choć niektóre postaci występowały w świecie rzeczywistym, to jest to tak naprawdę fatalnie napisana opowieść z pogranicza fantastyki i pastiszu. Krauze raczy nas bowiem niezbyt rozgarniętą dziennikarką, główną bohaterką, która bezmyślnie wypełnia rozkazy swoich przełożonych. Widzimy też zorganizowaną grupę osób świadomie próbujących żerować na narodowej żałobie, tajny spisek dookoła mordowania niewygodnym światków, osławioną i niepotwierdzoną przez nikogo teorię o wybuchach…

Można odnieść wrażenie, że twórcy świadomie (co wydaje się okropne) lub nieświadomie (co wydaje się przerażające) zakpili ze smoleńskiej katastrofy i luźno podchodząc do historii postanowili stworzyć alternatywną rzeczywistość.

Smoleńsk to produkcja tak źle nakręcona, pozbawiona zalążków wartkiej akcji, a przy okazji w tak okropnie prostacki sposób próbująca narzucić z góry założoną narrację (Lech Kaczyński witając się na polu z oficerami zamordowanymi w Katyniu, WHAT THE FUCK), że gdyby w napisach końcowych okazało się, że pomysłodawcą jest Jerzy Urban z zespołem tygodnika NIE, to absolutnie nie byłbym zdziwiony.

Ten film świetnie pokazuje problemy z logicznym rozumieniem faktów oraz uwidacznia fiksacje oraz kompleksy prawicy, która ubiera je we wzniosłe słowa i patrząc w lustro widzi umęczonych mesjaszy, którzy muszą dźwigać brzemię prawdy oraz walczyć z obcymi siłami próbującymi z nimi walczyć.

Beata Fido, aktorka grająca główną rolę, jest dramatycznie bezpłciowa, a jej dramatyzm jest tak płaski, że budzi salwy śmiechu. Dominika Figurska, dzisiejsza prawicowa posłanka, pokazuje, że nie tylko jest złą polityczką, ale równie fatalną aktorką. Redbad Klynstra-Komarnicki, kolejny prawicowy aktor, aż tak nie boli, gdy tylko zapomni się o tym, co ten człowiek sobą naprawdę reprezentuje – a choćby to, że dla tego człowieka pedofile i LGBT to w zasadzie to samo. Oto właśnie aktorska śmietanka, która zagrała w filmie na tak ważny temat. Można się tylko domyślać, że musiała to być niezła łapanka, bo żaden szanujący się artysta nie zdecydował się firmować swoim nazwiskiem tego gniota.

Widać, że nie było pomysłu na ten film. Widać, że zabrakło scenariusza, reżyserii, aktorów posiadających talent, scenografii oraz ciągłości akcji, bo Smoleńsk wygląda jak zlepek luźno powiązanych scen. To antysztuka, która powoduje mdłości i wywołuje swoim absurdem gromki śmiech, choć chyba nie takie emocje powinny towarzyszyć opowieści o największej polskiej narodowej tragedii ostatnich dekad. To w końcu dowód na to, że nie wystarczą chęci, by pomysł się uda. Trzeba mieć jeszcze pomysł, zdolnych ludzi oraz kogoś w ekipie, kto nie jest zacietrzewionym politykierem, a filmowcem.

To film, który mógłby być stosowany jako tortura, bo oglądanie go sprawia fizyczny ból. Smoleńsk jest okropny, banalny, głupi. Twórcy powinni wstydzić się do końca swoich dni, że stworzyli tak absurdalnego, ośmieszającego tragedię gniota.

Smoleńsk, 2016, reż. Antoni Krauze