Seks Przyszłości [GĄSKA]

14246
views

Sprawy seksualności i jej wtłaczania w kanciaste, społeczne ramy zawsze budzą burzę na dyskursywnym nieboskłonie. Jest to oczywiście całkowicie zrozumiałe, bo seksualność jest zjawiskiem pozarozumowym, a jeśli coś jest pozarozumowe, to człowiek zrobi wszystko, żeby to sobie jakoś przełożyć na swoje, a następnie uznać za uzasadnione (lub nie). Posłuży się przy tym dowolnym dostępnym narzędziem do objaśniania świata (religią, chłopskim rozumem, bądź którąś z naukowych metodologii), ale nie zostawi w spokoju jako samoistnego fenomenu, bo nie może znieść myśli, że niektóre rzeczy po prostu są.

Dla przykładu: homoseksualne zachowania odnotowano u 1500 gatunków zwierząt, co jest czytelnym sygnałem, że są one po prostu jednym z występujących w przyrodzie wariantów zachowań seksualnych i kropka. Dlaczego tak wiele osób próbuje walczyć z tym wiatrakiem? Bo nie może zrozumieć, że po prostu nie rozumie tej strategii realizowania swojej seksualności. To jest w ogóle zresztą moim zdaniem najmniejszy problem, z jakim się borykamy na tym tle, bo kilka procent osób homoseksualnych to właściwie błąd statystyczny (lub dwa błędy). Należy wreszcie bezdyskusyjnie takie osoby zaakceptować, uczynić ich życia jak najbardziej znośnymi i zamknąć temat. Schody zaczynają się tak naprawdę gdzie indziej, czyli tam, gdzie pojawia się temat prokreacji, bo to ona jest kluczowa systemowo, co jak sądzę ostatnio stało się nad wyraz czytelne.

Zadałam sobie trud, żeby przeczytać książkę „Seks Przyszłości” autorstwa Emily Witt, ażeby dowiedzieć się, co nas czeka w sprawach seksu w nadchodzących strasznych czasach sklejenia się człowieka z technologią. Autorka książki z samego jądra przyszłości, czyli San Francisco zlanego ze światową stolicą IT Silicon Valley, nadaje obszerne eseje na temat przyzwyczajeń frywolnych Amerykanów, którzy rewolucję seksualną jedli na śniadanie dekady temu. Omawiane sfery problemowe to: zmiany w strukturze randkowania spowodowane rozwojem aplikacji na smartfony, medytacja orgazmiczna (czyli dziwna new age’owa technika odseparowywania przyjemności kobiet od relacji), internetowa pornografia, fenomen kamerek internetowych (czyli amatorska internetowa pornografia), poliamoria (czyli wielopartnerstwo), niedoskonałości antykoncepcji oraz jakiśtam fikuśny pustynny festiwal o zabarwieniu seksualnym.

Autorka nie jest specjalnie rozwiązła z natury, omawia wyżej wymienione tematy trochę z pozycji ornitologa, co może ułatwić polskiemu czytelnikowi nie odrzucenie książki od razu w akcie oburzenia (hipokryzji?). Jej intencją jest zdaje się zawalczenie o usunięcie wstydu z obszaru seksualnych poszukiwań, co generalnie uznałabym za rozsądne, bo tak jak już napisałam na początku nie ma co tak w kółko wszystkiego oceniać, skoro tego nie rozumiemy, a na dodatek nie zrozumiemy nigdy (podkreślam: nigdy). Równocześnie Witt jest człowiekiem małej wiary w sprawie przetrwania monogamii, chociaż sama przyznaje, że wcale by się nie obraziła za możliwość stworzenia rodziny nuklearnej. W mojej opinii kwestionowanie monogamii przez różne opiniotwórcze autorytety miałoby sens, gdyby został już wymyślony jakiś lepszy sposób na organizowanie struktur uczuciowo-prokreacyjnych. A chyba na razie nie istnieje. Może rzeczywiście da się obsłużyć ludzką uczuciowość na modłę poliamoryczną, ale o ileż bardziej jest to emocjonalnie i logistycznie skomplikowane, oraz jak wielu ludziom po prostu nie chciałoby się komponować miłosnych pięciokątów na modłę wybierania produktów w supermarkecie, ażeby przyrządzić sobie doskonale spersonalizowaną sałatkę partnerską.

Warto podkreślić, że w obliczu nowych seksualnych trendów to kobiety są poszkodowane (jak zwykle), bo to one produkują nowych ludzi. Nadal z ewolucyjnego punktu widzenia w ich interesie jest odnalezienie sensownego partnera, który będzie partycypował w wychowaniu nowego członka społeczeństwa, a wszelkie próby osłabiania u mężczyzn poczucia obowiązku względem kobiet póki co działają tylko i wyłącznie na ich niekorzyść. Mężczyznom całkowite przyzwolenie na wieczne skakanie z kwiatka na kwiatek przyniesie same profity, bo to jest ich ewolucyjna perspektywa premium. Sprawa wydaje się zatem trudna do rozstrzygnięcia w trybie: a jak być powinno? Na szczęście wszyscy się tylko unosimy na fali wielkich cywilizacyjnych procesów niczym plankton i właściwie możemy sobie najwyżej pozrzędzić, bo decyzja jak zwykle będzie zależała tylko i wyłącznie od fluktuacji megatrendów (czyli plus/minus od ustaleń w siedzibie Facebooka). Całkiem możliwe, że kiedy zdamy sobie sprawę z przeludnienia, kiedy skończy się kapitalizm i nastanie postfinansowy świat, będziemy również mogli bez żalu porzucić monogamię i wejść w związek partnerski z wszechświatem, ale dobrze by było nie zaczynać jednak tej rewolucji od dupy strony, bo może się to skończyć spektakularnym miłosnym i komunikacyjnym failem. Możliwe, że już się nawet tak skończyło. Wystarczy rzucić okiem na konserwatywny zwrot obyczajowy występujący wszędzie, gdzie okiem sięgnąć. Z czegoś on musi wynikać. Warto się zastanowić z czego i czy aby nie zawiera on w sobie jakichś elementów racjonalnych.

PODZIEL SIĘ