Kim jesteś i co zrobiłaś z Grimes?!

142
views

Pytacie o nową płytę „Art Angels”, więc odpowiadam. Ciężko doszukać się w niej dobrze znanych cech z poprzednich albumów słodkiego dziecka elektro. Zawiodłem się.

Nadchodzący album zapowiadał się interesująco, kiedy na YouTube ukazał się klip Realiti. Moja nadzieja na kolejne WOW, jak choćby podczas słuchania Dream Fortress lub Heartbeats, rosła z dnia na dzień. Wtem!

Słuchawki na uszy, drzwi zamknięte, okna zasłonięte… Claire, I’m ready! Następna, następna, następna… Już koniec? Ale… Grimes? Wszystko w porządku?

Album wita nas krótkim wstępem Laughing and not being normal. Jest to swego rodzaju zmyłka. Pozostałe utwory nie zawierają dosłownie nic, czym „Grimey” rozkochała w sobie publiczność. Brakuje tej magii, mroku, tajemnicy… Każdy nazywa to po swojemu. Płyta jest zwyczajnie zbyt… taneczna? W wykonaniu Boucher jest to nowość. To właśnie dzięki swojemu stylowi wplataniu niewinnie brzmiącego, ale silnego i uzależniającego wokalu w elektroniczne dźwięki niosące się gdzieś w przestrzeń, płyta „Visions” trzy lata temu zdobyła nagrodę elektronicznego albumu roku. Nie każdemu pasuje coś takiego, ale to tylko pokazywało, jak jedyna w swoim rodzaju jest jej twórczość. W przypadku „Art Angels” można odnieść (złe) wrażenie, jakby Claire chciała powiedzieć tym, którzy uznali, że to dla nich zbyt dziwna muzyka:

– Hej! Patrzcie, potrafię też nagrać coś bardziej do puszczania na listach przebojów!

No i nagrała… Przez prawie 10 kawałków Grimes zaprasza słuchacza do wesołej zabawy i tańca przy prostych bitach rodem z dyskotek, które na początku nie zwracają na siebie uwagi, lecz później denerwują i nakazują wcisnąć przycisk „następna”. Dopiero w dziesiątej pozycji można doszukać się czegoś z albumu „Visions” czy „Halfaxa”. Jest to wspomniany na początku utwór Realiti. Trochę bardziej dostosowany do reszty, niestety. Pierwsza wersja była dużo lepsza. Dalej jest już lepiej? Otóż nie, jakby to powiedział pan Sznuk. Wracamy do dyskoteki będąc na dodatek chorobliwym introwertykiem. Nie na to czekali jej fani.

„Art Angels” jest czymś nowym w twórczości Grimes. Nie każdemu będzie pasować taka propozycja jej stylu, który ciężko określić, a który sama artystka nazywa „post Internet”. Na nowe „Genesis” musimy czekać do nowego krążka, który teraz tym bardziej musi powstać. Kalejdoskop uczuć towarzyszących podczas słuchania czwartego albumu Grimes najlepiej wyraża przepaść, jaka dzieli utwór Scream od Butterfly. Pierwszy jest paskudny, a drugi kojarzy się z czymś w sam raz dla ludzi chcących po prostu posłuchać czegoś w samochodzie w drodze na grilla do cioci. Z kolei Flesh without blood, promujący płytę na YouTube, kojarzy mi się z tymi gwiazdami, które śpiewają o tym, że są sławne wydając co roku nową płytę. Prosty, skoczny i siedzący niemiłosiernie w głowie. Dziwaczny teledysk może być – wszystkie były nietypowe.

Zatęskniłem się za starą, dobrą Grimey, która koiła moje nerwy wieczorem utworami takimi, jak Symphonia IX czy Be a body. Trzy lata czekania na coś nowego to jednak za mało. Uznajmy, że miłośnicy klubowych imprez znajdą tu coś dla siebie. Miłośnicy Grimes – nie.

Ocena: 2,5 / 5

Niektóre gwiazdy uciekają przed nami do łazienki, inne w łazience żalą się nam na ciężar sławy. Do tej ostatniej podchodzimy z dużą dozą ironii, czasami złośliwości, czasami abstrakcyjności. Jesteśmy popkulturą.
PODZIEL SIĘ