Ponoć młodzieżowym słowem roku zostało słowo dzban. Jeśli mielibyśmy zrobić konkurs na najpopularniejsze słowo środowiska celebrytów i gwiazd, to z pewnością wygrałby hejt. Ten ostatni jest odmieniany przez wszystkie przypadki, rzucany od niechcenia i – niestety – wykorzystywany przez wszelkiego rodzaju gwiazdki do cynicznej gry z mediami.

Żeby była jasność: hejt sam w sobie jest zły, bolesny i bezproduktywny. Ale czym on jest? To zjawisko na tyle nowe i szerokie, że słowniki – jak to zdarza się coraz częściej – nie nadążają ze szczegółową definicją. Za hejt przyjmuje się nienawistne komentarze, bezpodstawne ataki oraz typowy ściek, który ma na celu tylko i jedynie obrazę, poniżenie i zmieszanie z błotem ofiary. I wydaje mi się, że jasne jest, że tak rozumiany hejt jest nieakceptowalny.

Nieakceptowalne jest więc dla mnie śmianie się z osobistej tragedii Filipa Chajzera, jakim była śmierć jego syna. Wiecie, że nie szanujemy tej postaci, ale w pełni szanujemy jego stratę i nigdy nie wykorzystalibyśmy jej jako broni. To byłby haniebny hejt.

Nieakceptowalne jest też dla mnie szydzenie z czyiś naturalnych cech, jak kolor skóry, orientacja seksualna, wygląd czy waga. Publiczne śmianie się z grubszych, gejów czy Żydów jest słabe. I jest hejtem.

Problem leży jednak w momencie, w którym za hejt bierze się uprawnioną krytykę. Gwiazdy uwielbiają bronić się tym mocnym słowem, by tylko zdezawuować osoby, które mają czelność nie podzielać ich wizji świata. W końcu łatwiej wykrzyczeć, że jest się ofiarą niż zmierzyć się z krytyką, prawda?

I tak Weronika Rosati, która załatwia osobiste problemy w wywiadzie dla Gali, za hejt uważa sytuację, w której ktoś nie zgadza się z jej zdaniem. Co więcej, kreuje się jeszcze na “biedną, samotną matkę”, choć nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością. Tym samym szkodzi prawdziwym osobom zmagającym się z hejtem oraz prawdziwym matkom pracującym na trzy etaty, by zarobić na minimum finansowe dla siebie i dzieci. Tak, mamy prawo o tym rozmawiać, bo Weronika sama zaprosiła media do swojego życia i szeroko o nim opowiada. Rozmawiamy więc i nie jest to hejt.

Hejtem nie był też nasz komentarz jaki umieściliśmy pod niedawnym wpisem Kingi Rusin na Instagramie. W skrócie: dziennikarka zamierza pozywać media za to, że opisały w swoich tekstach to, co ona palnęła na żywo w Dzień Dobry TVN i co mogły zobaczyć miliony. A więc za pisanie prawdy. Jako dziennikarka powinna wiedzieć, że pozywanie mediów za opisywanie rzeczywistości jest niczym innym, jak próbą zakładania na nie kagańca. Komentarz (poniżej) nie spodobał się, Vogule Poland zostało przez Rusin zablokowane. Jak widać można się z nią tylko zgadzać, inaczej – posługując się jej retoryką – jest się z PiS-u, prawicowych mediów i zapewne też obchodzi się urodziny Hitlera.

Hejtem nie jest dla nas też krytykowanie gwiazd na ściance (same tam wchodzą i pozują, chcąc się nam pokazać, a my prawo się zachwycać lub nie), dyskutowanie o ich wypowiedziach w sieci czy w wywiadach (każdy ma prawo w sposób kulturalny wyrazić swoją opinię, także negatywną), a także pisanie tekstów, jak ten mój o Martynie Wojciechowskiej. Z szacunkiem i kulturą, ale poddający w wątpliwość sens jej ostatnich ruchów medialnych.

Niestety, media same pod sobie kopią, ułatwiając gwiazdom manipulację słowem hejt. Weźmy pod lupę pierwszy z Google artykuł ze strony se.pl Hejt na Gardias. Poszła z 5-letnią córką do kosmetyczki. Oto fragment artykułu:

– Pani Hania z mamusią Haniu jaki kolor? Brokatowe – napisała Dorota Gardias na Instagramie i umieściła zdjęcie z salonu kosmetycznego. Oprócz miłych komentarzy, były także negatywne opinie. Wiele osób stwierdziło, że na wizytę u manicurzystki dla Hani jest o wiele za wcześnie. 
– “Przepraszam, ale myślę że to lekka przesada…”, “głupich nie sieją – sami wyrosną. Debilka” – czytamy w komentarzach pod zdjęciem Gardias z córką.

Widzicie pomieszanie z poplątaniem? Z jednej strony mamy grzeczny, choć krytyczny komentarz, w którym ktoś użył nawet słowa przepraszam. W drugim występuje słowo debilka, które – choć mnie prywatnie bardziej bawi niż boli – powszechnie jest uznawane za obraźliwe i ciężko w tym komentarzu dostrzec jakąkolwiek konstruktywną krytykę.

I tu właśnie leży różnica.

Następnym razem więc, gdy zobaczycie w poście jakiejś celebrytki wyznanie, że padła ofiarą hejtu, to zanim uronicie w jej intencji łzę, to sprawdźcie, czy naprawdę ktoś wylał na nią wiadro pomyj, czy po prostu nie potrafi radzić sobie z krytyką. Bo jeśli to drugie, to miejcie z tyłu głowy, że każdym dezawuującym prawdziwe znaczenie tego słowa postem, sprawiają, że prawdziwi hejterzy rosną w siłę.

Słowo wypowiedziane milion razy traci na znaczeniu. I celebryci jeszcze będą płakać nad tym, jak sami zniszczyli znaczenie słowa, bo ktoś im napisał coś, co nie mieści się w ich ciasnych głowach.