Prima poniedziałek, czyli koszmar dnia dzisiejszego

192
views

„Prima” z łaciny znaczy „pierwszy”. I tak, jest to pierwszy dzień kwietnia, pierwsza od dawna tak mroźna Wielkanoc oraz dzień, który łączy dwa koszmary wciąż nienadchodzącej wiosny – dzień nieśmiesznych żartów oraz oblewania się wodą. W połączeniu z absurdalną pogodą za oknem daje nam to niezłe kombo. Nie zdziwię się jeśli tysiące ludzi postanowią popełnić samobójstwo.

Prima Aprilis

Jedno z najgłupszych obrządków w historii – trzeba wymyślić żart, który z reguły nie jest śmieszny i na siłę zrobić psikusa rodzinie czy znajomym. Sprawa jest do granic creepy – przecież każdy zdaje sobie sprawę z obchodzonego święta, więc jest wyjątkowo czujny na nieśmieszne żarty. Te zwykle powalają swoją suchością: od tych o brudnej twarzy, poprzez wmawianie chorób i tego, że jakieś zwierzę siedzi na balkonie. W przypadku tego ostatniego moja mama co roku inwestowała w opowieść o bocianku, który przysiadł na naszej nowobogackiej loggii. Co roku pierwszego kwietnia robiłem jej wielką przyjemność i udawałem, że nie wiem o co chodzi biegnąc z zachwytem na zewnątrz i swoimi aktorskimi umiejętnościami pokazując biednego, zawiedzionego Patryczka. Bociana nie było.

To święto starych pań, ciotek pragnących zakląć swoją młodość oraz szalonych krewnych podejrzanie dotykających naszego krocza. Kojarzy się bardziej z Tadeuszem Drozdą lub zabawą w stylu „Ananasy z naszej klasy”, niż z naprawdę śmiesznymi dowcipami. Cóż, to kolejny argument dla tego, że nic na siłę, że bycie na siłę śmiesznym zwykle kończy się żałośnie. Tak, ostatnie zdanie dotyczy również ciebie Szymonie Majewski.

Lany Poniedziałek

To druga plaga każdej wiosny. Ktoś bardzo durny wymyślił dawno temu, by w poniedziałek, dzień po zmartwychwstaniu Jezuska, polewać się wodą. Po co? Dlaczego? Trudno to racjonalnie wytłumaczyć, podobnie zresztą jak to, że Bozia co roku umiera i wskrzesza się w innym czasie – jak na rocznicę wydarzenia jest to sprawa dość wątpliwa.

Dziś ten okropny poniedziałek ma dwie rzesze fanów. Pierwsza to creepy rodzina, która lata z plastikowymi jajeczkami kropiąc nas na „dzień dobry” wodą. Serio, kochana familio? Przez prima aprilis rzadko kiedy nadarza się okazja, by po suto zastawianej niedzieli pełnej domowego żarcia, wina i zbyt dużej dawce telewizji można było się smakowicie wyspać nie myśląc o tym, że obudzimy się pijani i będziemy musieli pracować. Bezwzględność w tym względzie według mnie wręcz narusza podstawowe prawa człowieka.

Drugą grupą fanatyków tego przedziwnego dnia są łysi panowie, często muskularni, a czasami nawet przystojni. Ci zamiast małych, plastikowych jajeczek z ciepłą wodą („żeby nie przeziębić wnusia”) są zaopatrzeni w wiadra, wielkie bazooki i bomby wodne stworzone z balonów. Zwykle łapią nieszczęśników szukających otwartego sklepu – a nie jest to łatwe w poniedziałek wielkanocny w naszym kraju.

Co robić?

Dzisiejszy dzień naprawdę nie należy do najłatwiejszych. Oponka coraz większa, podobnie jak warstwa śniegu za oknem. Rok temu mogliśmy już napić się piwa w parku, dziś co najwyżej grzane wino pod kołdrą. I pod nią zalecam zostać – uzbrojeni w laptopa, seriale, filmy i prasę damy radę przetrwać. A rodzina czyhająca za drzwiami z psikusami? Zapasy jedzenia wokół łóżka, butelka na mocz i barykada drzwi powinna ich skutecznie zniechęcić. Jeśli i to nie pomoże zalecam włączyć jeden z „hitów” Sary May. Uciekną wszyscy, a magia świąt wreszcie minie.

Niektóre gwiazdy uciekają przed nami do łazienki, inne w łazience żalą się nam na ciężar sławy. Do tej ostatniej podchodzimy z dużą dozą ironii, czasami złośliwości, czasami abstrakcyjności. Jesteśmy popkulturą.
PODZIEL SIĘ