Żyć jako gej na południu Stanów Zjednoczonych, to tak jakby żyć jako gej w Polsce. Tylko że ciągle jest duszno, kowbojki nigdy nie wychodzą z mody, a aligator może odgryźć ci nogę na spacerze po mokradłach. W Teksasie bonusem jest też wszędobylski dżins (co niektórych może kręcić). Z pobliskiego stanu, Mississipi, wywodzi się jeden z najważniejszych dramaturgów amerykańskich XX wieku – Tennesse Williams. Jego sztuki cieszyły się (i wciąż się cieszą!) wielką popularnością nie tylko wśród grup teatralnych, ale też filmowców. Chętnie przenoszono na ekrany kin dramaty pełne pożądania, wszelkiego rodzaju konszachtów, fałszywych uśmiechów, a przede wszystkim samotności.

Jak na dobrego twórcę przystało, Williams swoje prace opierał na życiowym doświadczeniu, mieląc fakty z fikcją, nadając postaciom cechy bliskich mu osób, często gęsto – samego siebie. Zdarzyło się jednak tak, że lubił panów (wielu panów), a to się przecież nie godziło artyście tworzącemu w latach 40. i 50. Niech w domu robi co chce, ale na Boga, po co się afiszować!

Dlatego też wątki homoseksualne w jego sztukach niemal zawsze pojawiały się między wierszami. Wiadomo, sztuka jest sztuką – każdy może czytać ją jak sobie życzy. Ale jak się gra w tej samej lidze co Tennesse, to się wie co jest.

Same teksty, jeszcze jak cię panie mogę. Ale film? W filmie? Coś takiego? Gdzie w filmie?! Cenzura, a jakże! Dlatego (mimo że Williams był współtwórcą scenariusza) tak nieprzyjemnie oglądało mi się Tramwaj zwany pożądaniem. Choć to klasyk (a jak wiadomo – o klasyce źle nie można mówić) okrojenie wątków, wszędobylskich smaczków i złagodzenie namiętności bohaterów do delikatnego głaskania się po twarzach, całkowicie ogałaca film Elii Kazana z siły, jaką pierwotna drama uderza w uczucia odbiorcy.

Motyw najważniejszego romansu Blanche DuBois, główny powód tego kim po latach się stała, nie wybrzmiewa w ogóle. Bo jej pierwszą wielką miłością był niepogodzony ze swoją seksualnością chłopiec. Po tym gdy nakryła go na pieszczotach z kolegą, podczas tańca na balu wyszeptała mu do ucha kilka okrutnych słów, a chwilę później biedak się zabił. Pominięcie tego kluczowego wątku, odziera główną postać filmu z głębi i kompletnie upraszcza jej historię. Bo istnieje zasadnicza różnica między przeżywaniem żałoby, a przeżywaniem żałoby, kiedy jesteś głównym powodem, dla którego ktoś wpakował sobie kulę w głowę.

Williams, po kilku nieudanych próbach stworzenia romantycznych relacji z kobietami, w końcu w pełni zaakceptował własny homoseksualizm, ale nigdy nie mówił o nim zupełnie otwarcie w swojej twórczości. U jego postaci to zawsze wyniszczający defekt, rysa na obłudnie idealnej fasadzie. Łączyło go z nimi jednak coś innego – poczucie bezwzględnej samotności. Jego bohaterowi są zawsze dla samych siebie, niezrozumiani przez innych, cierpiący w samotności, w pojedynkę mierzący się z własnymi rozterkami.

W Kotce na gorącym blaszanym dachu nikt – ani Maggie, ani Brick, Big Daddy czy Big Mama – nie znajduje oparcia w drugim człowieku. Każde z nich, z kompletnie różnych powodów, swój dramat przeżywa solo. Oczywiście i tu na próżno szukać homoseksualnego, znów kluczowego, wątku opowieści. W tekście wyczytać można, że cała maniana, jaka odbywa się między dwójką głównych bohaterów, wynika ze zbyt zażyłej relacji Bricka z jego dobrym przyjacielem. Tłumacząc się żałobą po nim (kolejne samobójstwo, a jakże), typ odmawia ponętnej kobitce seksu. Ba, nie chce spać z nią w jednym łóżku. O dziecku nie ma więc mowy, a to wymaganie, które muszą spełnić, by po ciężko chorym ojcu odziedziczyć fortunę. Do tego zbyt często zagląda do kieliszka. Jest więc draka.

Dowiadujemy się wprost, że Skipper był zakochany w Bricku. On jednak nie żyje, umarł tragicznie, więc jemu wolno. A seksualność Bricka? Milczenie. Sam wypiera się przed żoną jakichkolwiek ciągotek, ale Williams odbiorcy pozostawia decyzje o tym, czy coś między dwoma panami było czy nie. Znając nieco biografię autora, można domyślać się, że to nie brzydota Maggie (Elizabeth Taylor w latach 50., o ja cię nie mogę!) sprawiała, że mąż nie był w stanie dzielić z nią życia. Cóż, twórcy filmu postanowili (wcześniej Hollywood postanowiło za nich), że ten nieznaczący motyw niezbyt wiele wprowadzi do fabuły. Przez to wyszedł film dobry, ale znów niepełny.

Jest jednak taka produkcja, która wybrzmiewa totalnie. Homoseksualizm znów jest tam domysłowy, ale to tylko robi dobrze historii. Film, który nie stara się nawet ukryć, że jest teatralną sztuką, by w ostatnich minutach zahipnotyzować widza senną retrospekcją, niczym koszmarem sennym.

Z trójki wszystkim znanych klasyków, to Nagle, ostatniego lata jest propozycją najciekawszą. Kinematograficznie, ale i psychologicznie. Jest to soczyste, jest niepokojące i wreszcie – poruszające. Opowieść o zawiłej relacji trójki bohaterów (tak, znów mamy tu trupa), pod wieloma względami niepoprawnej, bohaterów uwikłanych we własnych obsesjach. Katharine Hepburn jako psychotyczna matka delikatnego Sebastiana, Elizabeth Taylor w roli niepoprawnie zakochanej kuzynki. I w końcu on – choć nieczęsto pojawia się na ekranie – niby-Bóg. Chłopak, który wykorzystuje bliskie mu kobiety, by przyciągnąć uwagę innych mężczyzn. Duchota. Otwarte przestrzenie, budzące poczucie klaustrofobii. I żądza. Czysta żądza.

Chociaż w filmach opartych na twórczości Williamsa o gejach nie mówiło się głośno, były one ważnym punktem w historii kinematografii, ale też społeczności LGBT. Było w nich miejsce na niedopowiedzenia. A to pobudzało wyobraźnię. Tylko tyle i aż tyle. Koniec końców i tak wszyscy domyślali się o co chodziło w historii Bricka czy Sebastiana. A to, że niektórzy odwracali od tego wzrok, to już zupełnie inna sprawa.


Pozostałe części cyklu znajdziesz w naszym dziale QUEER