Pomówmy o gejach i lesbijkach. Żyją w końcu wśród nas – może leczą nasze dzieci, może sprzedają nam buty, może patrolują miasto w policyjnych samochodach. Dajmy im nieco miejsca w filmowym uniwersum, każdy się zmieści! Wydaje mi się tylko, że są to bardzo smutni ludzie. Niech więc umierają na końcu każdej produkcji. To w świetny sposób odzwierciedli ich sytuację w świecie rzeczywistym  – tak mógł myśleć chyba niemal każdy reżyser w latach 60., biorący na celownik tematykę LGBT.

W 1968 roku Gordon Douglas (spokojnie, mnie też nic nie mówi to nazwisko) postanowił wyreżyserować nieco kontrowersyjny kryminał – The Detective. Zaczyna się trzęsieniem ziemi – Frank Sinatra (ano!) przybywa na miejsce zbrodni. A zbrodnia to nie byle jaka, mamy do czynienia z zamordowanym brutalnie gejem-bogaczem, któremu odcięto penisa. Sprawa jest głośna, komisarz szybko węszy szansę na awans. Jeśli schwyta winnego, wszyscy się o tym dowiedzą.

[SPOILER]
Sinatrze udaje się (tak mu się wydaje) złapać mordercę i doprowadzić go na elektryczne krzesło. Zyskuje przez to wyższą pozycję w policyjnej hierarchii, dostając kolejne sprawy. Zrozpaczona żona niedawno zmarłego mężczyzny odwiedza go, prosząc by wyjaśnił niejasne okoliczności samobójczej śmierci jej męża. Nie miał żadnego powodu by skoczyć! Sprawa, dziwnym przypadkiem zazębia się znacznie z incydentem sprzed tygodni. Okazuje się, że w idyllicznej Ameryce, w strachu przed piętnowaniem, gej może prowadzić ułożone życie u boku kobiety i dzieci. A przerażony faktem, że jego największy sekret wyjdzie na jaw, nie cofnie się przed zamordowaniem swojego kochanka. Potem, prowokowany poczuciem winy, wyskoczy przez okno. Ot co, jasna sprawa.
[KONIEC SPOILERU]

Ale skoro, w przeciwieństwie do kosmicznych statków, homoseksualiści pojawiają się nie tylko w USA, reżyserzy z innych krajów i kontynentów również nieśmiało sięgają po tę tematykę. Tak w roku 1964 powstał w Japonii film Manji. To opowieść o toksycznym trójkącie, w którego skład wchodzili małżeństwo i urokliwa uwodzicielka Mitsuko. Najpierw owinęła sobie wokół palca żonkę, później przyszedł i czas na męża.

Jak na tamte czasy to dość odważny thriller psychologiczny, w którym niejednoznaczna postać, miotana własnymi emocjami, postanawia uzależnić od siebie najbliższe otoczenie. Pycha i zepsucie pchają ją do rujnowania, swoją drogą niezbyt szczęśliwego, związku. Chodzi jej o to, by być akceptowaną i kochaną przez wszystkich, a jednocześnie mieć stuprocentową kontrolę nad sytuacją. Wszystko to mgliste obrazy, ni to jawa, ni sen. Bohaterowie tracą kontakt z rzeczywistością i tak samo widz nie jest w stanie określić co dzieje się naprawdę, a co jest tylko i wyłącznie ich mocno subiektywnym odczuciem.

Tak zaczyna się erotyczna gra, pełna psychicznego zwyrodnienia, krzywych akcji i proszków nasennych. Bardzo fajnie ogląda się tak odważny obraz wyprodukowany w latach 60., kiedy u nas strasznym było choćby pokazanie pocałunku dwu postaci.

Zobaczcie pozostałe odcinki cyklu “Podśmiechujki z queeru”!

W roku 1967 na ekrany kin wszedł The Fox. Niezwykłość tej produkcji wynika – przynajmniej moim skromnym zdaniem – z metaforycznej mgiełki, która osnuwa całą opowieść. Fabuła ma się tak – dwie kobitki mieszkają sobie na wsi w ciszy i spokoju, aż pewnego dnia w progu ich domu staje tajemniczy mężczyzna. W skrócie. Symboliczne jest tu niemal wszystko, a symbolika ta jest szyta bardzo grubymi nićmi.

Jako całość przedstawia się ten film niemal jak przypowieść. Na własnych zasadach Jill i Ellen stworzyły sobie rajski schron. Z dala od zgiełku, od nieprzyjaznych ludzi i problemów. Z dala od definiowania, określania, niemal zawieszony w niebycie, pośród śniegów mroźnej zimy. Żyją tam życiem spokojnym, monotonnym, acz poczciwym – rąbią drewno, pieką, zajmują się gospodarstwem, role między nimi są jasno podzielone. Ich spokój zaburza jednak żarłoczny lis, bezlitośnie mordujący kury. Kobiety usilnie próbują z nim walczyć, Ellen wyciąga nawet strzelbę, ale nie jest w stanie się go pozbyć. Jest w nim coś fascynującego, coś pociągającego, co sprawia, że ta nie potrafi pociągnąć za spust. Coś czego nie zna. Wie że rujnuje on jej idylliczny świat, a jednocześnie jest po prostu ciekawa.

I wtedy wchodzi on, cały na czarno. Mężczyzna. W ich perfekcyjnym świecie dochodzi do trzęsienia ziemi. Obie zafascynowane są nowoprzybyłym, choć każda na swój sposób. Jill dość infantylnie, ciekawi ją jako niezwykły gatunek, z którym przychodzi jej obcować. Ellen za to przygląda się mu uważniej, tak jak lisowi-mordercy, czując nieznany wcześniej pociąg.

To bardzo kompleksowy film, pełen niuansów. Między dwie kochające się lesbijki (to lesbijki? Według mnie to lesbijki? Według ciebie to lesbijki?), wchodzi silny, zaradny facet, który na każdym kroku stara się udowodnić, że jest niezbędny i że świat bez niego jest światem niepełnym. Ellen staje przed dramatycznym wyborem, między życiem na uboczu z dobroduszną Jill, a wyjazdem z brunetem, z którym życie byłoby o wiele prostsze.

Ogląda się więc The Fox jako film, który wcale nie oswaja z tematyką LGBT. Wydźwięk z produkcji płynący bardziej przypomina śniadaniówki, w których wszyscy są hiper pro, ale po cichu swoje myślą i wykorzystają każdą szansę na kąśliwy, dwuznaczny komentarz. Heteroseksualna supremacja, juhu. Choć może wcale nie, bo ostatnie minuty filmu pokazują tylko jak wielką krzywdę mężczyzna wyrządza tym dwu kobietom, swoją siłą i uparciem sprawiając, że żadne z nich nie będzie nigdy szczęśliwe. Bardzo niejednoznaczna w interpretacji jest ta produkcja – każdy może wyczytać tutaj co tylko chce.

Koniec końców, wciąż kinowy obraz społeczności jest dość przykry. Świat w którym ludzie bardziej winni czują się za zbrodnię jaką popełniają będąc homoseksualistami, niż za poderżnięcie komuś gardła. I usilne wmawianie, że relacja dwu osób inna, niż ta gdzie jedno ma penisa, a drugie pochwę, nie jest wystarczającą. Rozwiązań problemu film proponuje bez liku – można połknąć na przykład butlę środków nasennych albo prosić o karę śmierci za zabójstwo, którego się nie popełniło. Do wyboru, do koloru. Pokazujmy gejów i lesbijki w filmach! Niech nie żyją, nie żyją nam!