Nie działo się dobrze w Fabryce Snów w latach trzydziestych, nie działo się dobrze i w czterdziestych. Nie mówię oczywiście, że teraz (a TERAZ, kiedy coraz to więcej osób ma odwagę mówić jak to wygląda za kulisami, szczególnie) Hollywood jest usłane różą i pachnie perfumą. Od początków istnienia przemysłu filmowego uznawało się go za wątpliwy moralnie. Tu ktoś kogoś uszczypnął, tam zbyt nachalnie szepnął coś do ucha, biedny Fatty Arbuckle dopiero po trzech sądowych rozprawach został uznany za niewinnego gwałtu i morderstwa modelki, Virginii Rappe. A i tak nie wiadomo co miał za kołnierzem. Jednym słowem – było źle. I wtedy Stowarzyszenie producentów i dystrybutorów wpadło na światły pomysł – sprawić by było jeszcze gorzej! A jak? Cenzurując kinematografię! W jaki sposób? Proszę państwa, przed wami Kodeks Haysa.

Polecamy: Podśmiechujki z queeru: początki kina i puszczanie oka (na razie)

Kodeks Haysa – jeśli ktoś nie spotkał się wcześniej z tym terminem – jest powodem, dla którego multum amerykańskich produkcji wieńczono absurdalnymi happy endami. Jest też powodem, dla którego ciąg logiczny wielu filmów sypał się niefortunnie, acz wszystko było zgodne z przykładnym przesłaniem, jaki miały ze sobą nieść. W końcu – to przyczyna bezsensownych zachowań bohaterów, które nijak miały się do prawdziwych emocji, reakcji i do życia w ogóle. Znany wszem i wobec filmowy pocałunek (taki gdzie dwie twarze łączą się ze sobą w stagnacji i żaden z bohaterów nie ma prawa oddychać) to nic więcej jak efekt restrykcji, którym poddawani byli amerykańscy twórcy.

Założenie było niezwykle proste – wyeliminować z kina wszystko co obsceniczne i bezwstydne. Bo to chyba jasne, że kiedy się o czymś nie mówi głośno, to nie mówi się też cicho, a jak nie mówi się cicho, to tego w ogóle nie ma. Zasadę tę wyznaje dziś Telewizja Polska, która wszelkiego rodzaju marsze, manify i protesty portretuje jako grupowe spacery głównymi ulicami miasta. Można? Można.

Lista tematów, których nie mogli podejmować ówcześni twórcy była obfita. To samo tyczyło się konkretnych zachowań, które nie miały prawa znaleźć odwzorowania na wielkim ekranie. Namiętne pocałunki? Fu. Seks małżeński? Fu. Seks pozamałżeński? Fu! Krytyka religii? Broń cię, panie Boże! Mąż i żona nie mogli spać w jednym łóżku. Zakazano użycia słów takich jak hell czy damn, bo to przecież brzydko. O fuck nie było nawet mowy! To wtedy niezwykłą popularność zyskały powiedzonka takie jak holy moly czy swell. No i przede wszystkim – żadnych dewiacji seksualnych. A przecież wiadomo, że homoseksualizm jako jedna z nich się mieni.

W roku 1947 powstał film Krzyżowy ogień. Powstał on na podstawie noweli Richarda Brooksa, traktującej o prześladowaniu geja w środowisku wojskowym po II wojnie światowej. Wątek ten (jakże nieznaczny!) kompletnie pominięto, a geja zastąpiono Żydem. Toć łatwiej zabić Żyda, niż geja. Bo przecież Żyd jest, a geja nie ma. Swoją drogą, nieudolnie napisany scenariusz, który już w pierwszych minutach filmu zdradza jego potencjalne zakończenie, sprawia że choć Crossfire traktuje o temacie ważkim, bardzo trudno wytrwać do końca seansu.

Dwa lata przed tym nietrafionym przedsięwzięciem Billy Wilder (ten wielki Billy Wilder od Bulwaru zachodzącego słońca) również pokusił się o ekranizację powieści. Można nawet przemilczeć fakt, że przymknął oko na (wcale nie tak ważny) wątek seksualnej niepewności głównego bohatera Straconego weekendu. Nie to jest najgorsze. Film z 1945 roku jest dobitnym przykładem tego, jak okropny wpływ Kodeks Haysa wywarł na amerykańską kinematografię. Bez sensu szukać tu dogłębnej analizy psychiki alkoholika, którą tak skrzętnie spisał w swojej książce Charles R. Jackson. O nie. Wersja kinowa to dość płytka, nielogiczna opowiastka z obrzydliwie nielogicznym szczęśliwym zakończeniem. Wilder ugiął się pod naciskiem wytwórni, przemieniając tym samym literackie (dla wielu arcy) dzieło, w niemrawą papkę, której bardzo daleko do realizmu.

A jeśli ktoś chciał przeciwstawić się systemowi, to czekał go los, jaki spotkał Kennetha Angera. Jako dwudziestolatek, pod nieobecność rodziców, postanowił przemienić swój dom w filmowe studio i nakręcił Fajerwerki, osnute senną aurą, pełne homoerotyzmu, eksplorujące temat sado-maso. Jest to rzecz mocna, na tamte czasy może i szokująca. Pod wielkim wrażeniem dzieła był sam Jean Cocteau, twórca jednego z pierwszych filmów surrealistycznych. Niestety, nie wszyscy podzielali jego zdanie – za prezentowanie filmu szerszej publice Anger trafił do aresztu. Hail Hays! (na szczęście w kolejnych latach Anger spłodził więcej hipnotycznych tworów)

Wszystko było więc jasne – amerykański przemysł filmowy działał wedle zasady: jesteś z nami albo nie ma cię wcale. Wielu twórców poddawało się rygorowi Kodeksu, kilku rebeliantów starało się wyrwać spod jego łańcuchów. Pewne jest jednak, że wizerunek osób LGBTQ próbowano radykalnie wymazać ze społecznej świadomości. A jeżeli już ktoś, oczywiście nie otwarcie, decydował się przedstawić na ekranie geja lub lesbijkę, można było być niemal pewnym, że przedstawienie to będzie karykaturalnie negatywne.

Ciąg dalszy nastąpi!