O co tak naprawdę chodzi w Artykule 13.? [WYWIAD]

kolaż: Marta Białostocka / Centrum Cyfrowe

]Prosiliście Vogule Poland, żeby zabrało głos w sprawie Artykułu 13., który został niedawno przegłosowany przez Parlament Europejski. Próbowałem znaleźć jasne wytłumaczenie tego, o co w nim tak naprawdę chodzi. Znajdowałem specjalistyczne analizy oraz populistyczne, pełne emocji, a pozbawione faktów apele. Postanowiłem więc zapytać specjalistów z Centrum Cyfrowego o proste, jasne wytłumaczenie tematu.


Skąd wziął się artykuł 13?

Artykuł 13 to próba rozwiązania problemu value gap – wskazywanej przez posiadaczy praw autorskich i duże koncerny kreatywne (np. wytwórnie muzyczne) różnicy między tym, ile platformy internetowe (YouTube, FB, Flickr, Vimeo) zarabiają na tworzonych przez artystów treściach a jak niewielki procent trafia do artystów. Problem jest oczywiście bardziej skomplikowany, bo zapłatę artystów zmniejsza cały łańcuch pośrednictwa, w którym platformy są tylko jednym z etapów, jednak przedstawiciele biznesu rozrywkowego twierdzą, że dysproporcja między zyskami platform a tym, co wraca do branży jest ogromna. Ta różnica to właśnie value gap i Artykuł 13., wraz z innymi rozwiązaniami dyrektywy, miał być na nią remedium.

Pomysł na rozwiązanie tego problemu jest jednak prosty – platformy muszą filtrować wszystko, co zamieszczają użytkownicy i jeśli platforma nie ma do danej treści licencji, musi ją blokować.

O co właściwie chodzi w tym całym zamieszaniu?

W skrócie – o zagwarantowanie, że nikt nie będzie zarabiał na udostępnianiu (rozpowszechnianiu) treści, do których prawa ma ktoś inny, a więc także na zagwarantowaniu, że platformy nie zarabiają na tym, że ktoś inny udostępnia treści korzystające z cudzej własności intelektualnej. Wydaje się to słuszne…

Problem, jak zwykle nie leży jednak w tym, jakie szczytne założenia kryją się za działaniem, ale jak wygląda ono w szczegółach i jakie niesie za sobą konsekwencje.

W przegłosowanym 12 września kształcie, Artykuł 13 zakłada, że kraje członkowskie nałożą na duże (ich wielkość nie została sprecyzowana) komercyjne platformy odpowiedzialność prawną, jeśli znajdą się na nich treści chronione prawem autorskim, do których platforma nie będzie posiadała licencji. To w praktyce oznacza, choć sam obowiązek filtrowania został wykreślony w toku prac nad reformą, że platformy, chcąc sprostać wymaganiom – tak czy siak będą musiały filtrować wszystkie treści użytkowników.

Czy artykuł 13 czemuś zagraża, a jeśli tak, to czemu lub komu?

Zacznijmy od samego filtrowania. Niezależnie od szczegółowych rozwiązań, na jakie zdecydują się platformy – obecny kształt Artykułu 13 zmusza je do filtrowania wszystkich treści, które ktokolwiek publikuje na platformie, a następnie decydowania, co może zostać opublikowane. Przefiltrowanie takiej ilości treści wymaga automatyzacji – a już teraz wiemy, że filtry (znany chociażby z YT ContentID) bywają omylne. I to w obie strony! Potrafią „przepuścić” coś, co jest cudzą własnością, ale też – zablokować rzeczy, do których publikowania ktoś ma prawo. Weźmy na przykład taką sytuację, w której pianista nagrywa film, w którym wykonuje fragment utworu klasycznego. Jeśli jego wykonanie jest wystarczająco podobne do chronionego licencją wykonania innego pianisty – filtr może zablokować doskonale legalną treść (przypadek z ostatnich tygodni).

Tak więc technologia nie rozróżnia wykonania na żywo od innego, licencjonowanego wykonania na żywo. No, powie ktoś, ale przecież czynnik ludzki, ktoś na pewno może to po odwołaniu odblokować! Załóżmy więc, że wszystkie platformy będą miały też pracowników z krwi i kości, do których w takim wypadku trafi nasza sprawa. Szast-prast, pracownik widzi na filmie, że to własne nagranie pianisty – i może odblokować. Jeśli zaś nie widzi, bo plik posiada wyłącznie ścieżkę audio? Lub – gorzej – jeśli filmik nie jest innym wykonaniem klasycznego utworu, a parodią licencjonowanego? Czy to pracownik platformy powinien rozstrzygać ewentualny spór pomiędzy właścicielem praw a parodiującym? Zwłaszcza, że w tej sytuacji właściciel praw prawdopodobnie nawet nie będzie o zablokowaniu parodii wiedział. Jesteśmy więc w sytuacji, w której filtr wyłapuje parodię, blokuje, a „ktoś w platformie” decyduje o statusie prawnym utworu.

Nie wspominając już o tych wszystkich treściach, które korzystają z prawa cytatu. Weźmy na przykład video-recenzję bądź omówienie filmu. Znów – w prawdopodobnym scenariuszu, to najpierw filtr, a potem „ktoś” decyduje, czy wyszliśmy poza jego ramy, czy nie. To świetne sytuacje do nadużyć, decydowania wedle swojego widzimisię, blokowania niewygodnych parodii.

Zagrożeni są również twórcy – przede wszystkim dlatego, że dla filtrów (jak i dla pracowników platform) problematyczne będą wszystkie sytuacje niejednoznaczne: parodia, cytat, inne wykonanie utworu klasycznego, ale też te, gdy (takie przypadki już się zdarzały) twórca rozejdzie się z wytwórnią, a ta „zapomni” zaktualizować bazę swoich licencji. Twórca próbuje opublikować swoją własną twórczość, platforma blokuje, bo to przecież treść na licencji wytwórni. Że licencja jest nieaktualna?

Platformie w obecnym kształcie propozycji Artykułu 13 ZAWSZE będzie bardziej na rękę ZABLOKOWAĆ treść niż ryzykować jej opublikowanie i zarzut naruszenia praw autorskich. Ponieważ przepuszczenie do publikacji materiału naruszającego prawo autorskie oznacza dla nich kary i odpowiedzialność prawną, zaś nieopublikowanie legalnego materiału nie kosztuje nic – wiadomo, jaką ścieżkę bardziej opłaca się im przyjąć.

W ten sposób państwa oddają część egzekwowania swojego prawa w ręce prywatnych, często zagranicznych spółek. W dodatku – z efektem prewencyjnego niedopuszczania treści, również legalnych.

Wprowadzenie filtrów zagrozi więc nie tylko użytkownikom, ale i dotychczasowemu modelowi rozwoju różnych serwisów internetowych – także tych działających w modelu “Web 2.0” / “User Generated Content”.

Konieczność wdrożenia filtrów może być dla nich dużym wyzwaniem i obciążeniem finansowym. Wpłynie to więc na ograniczenie różnorodności i konkurencyjności wśród platform internetowych i doprowadzi do dalszej monopolizacji tej przestrzeni komunikacji przez dużych graczy.

Dodajmy jeszcze – że zależnie od przyjętych przez platformy mechanizmów, zagrożone może być też publikowanie treści, które znajdują się… w domenie publicznej. Jeśli bowiem (na wszelki wypadek) platformy zdecydują się na budowanie bazy treści, na które posiadają licencje i nie zezwalania na publikacje czegokolwiek, co w tej bazie się nie znajduje – nie będą się w nich również znajdować treści z domeny publicznej. W to, że platformy charytatywnie zaczną tworzyć bazy treści w domenie publicznej trudno uwierzyć.

Czy porównania tej sprawy do ACTA i nazywanie jej ACTA2 jest uprawnione?

Pomiędzy propozycją unijnej dyrektywy o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym a międzynarodową umową handlową dotycząca zwalczania obrotu towarami podrabianymi, czyli ACTA są zasadnicze różnice. Przykładowo, w przypadku Dyrektywy nie ma wprost mowy o zbieraniu informacji nt. użytkowników naruszających prawa autorskie, ani odcinaniu im dostępu do internetu. Warto też zauważyć, że problematyczne wydają się niektóre zapisy Dyrektywy, nie zaś cała jej idea.

Jest jednak jedno podobieństwo – z perspektywy użytkowników – którzy nie są specjalistami od prawa autorskiego (podobnie jak przy ACTA) – podmioty komercyjne (w przypadku ACTA mieli to być dostawcy internetu, teraz są to platformy internetowe) będą zajmowały się monitorowaniem i blokowaniem ich aktywności. Czyli dojdzie do prywatyzacji mechanizmów egzekwowania prawa.

Dlaczego, Waszym zdaniem, ten Artykuł z jednej strony wzbudza wielkie emocje, lecz z drugiej nie angażuje tak bardzo, jak ACTA?

Sytuacja społeczno-polityczna jest zupełnie inna niż w 2012 – to po pierwsze. Dodatkowo reforma prawa autorskiego jest potrzebna – prawo obecnie funkcjonujące w Unii Europejskiej wymaga zmiany, bo powstało w… 2001 roku! ACTA nikt nie potrzebował – protestowano przeciwko niej całościowo. Tutaj mamy potrzebne prawo, które jest fragmentami źle napisane. Łatwo zmobilizować ludzi do mówienia NIE. Dużo trudniej do powiedzenia TAK, ALE… – w tym przypadku jako Centrum Cyfrowe mówimy, że potrzebujemy reformy, ale takiej, która dba też o użytkowników – bo przecież internet jest dla ludzi. Dlatego przyjęta propozycja Artykułu 13 jest naszym zdaniem daleka od ideału.

Artykuł został przegłosowany. Co teraz nas czeka?

Artykuł został przegłosowany – to znaczy, że Parlament Europejski zagłosował, jaka wersja tej dyrektywy według niego będzie najlepsza. Teraz czeka nas tak zwany trialog – czyli negocjacje pomiędzy przedstawicielami Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej i Parlamentu (każde z nich ze swoją „ulubioną” wersją) nad ostatecznym kształtem dyrektywy. Jak dokładnie się potoczą, trudno będzie powiedzieć aż do ich zakończenia – spotkania trójstronne nie mają bowiem swojej formalnej procedury i toczą się w trybie za zamkniętymi drzwiami. Ponieważ jednak oznaczają one, że „nie wszystko stracone” nadal warto kontaktować się z przedstawicielami Europy i dawać im znać, jakiego prawa na pewno NIE chcemy, na jakie rozwiązania mamy nadzieję i jakie wartości są dla nas – obywateli, naprawdę ważne.

Jak długo będzie to trwało? Tego nie wiemy. Teoretycznie trialog trwa tak długo, aż nie zostanie osiągnięty kompromis, zaś zaraz po tym jej losy ważą się na ostatnim głosowaniu Parlamentu Europejskiego, w którym zatwierdza on bądź odrzuca wynegocjowany tekst dyrektywy. Wiemy tyle, że dyrektywa musi zostać przyjęta przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się na wiosnę 2019 roku.

Czy Vogule Poland powinno zacząć się bać?

Jako satyryczny tytuł prasowy, który działa przede wszystkim w sieci, tworząc parodie, satyrę, często sięgają po cytat… na pewno powinniście dokładnie przyglądać się wszelkim zmianom prawa, które wpływają na możliwość tworzenia i publikowania w sieci.

Sami zresztą ostatnio mogliście poczuć na własnej skórze, jak działają platformy. Pamiętajcie tylko, że dzisiaj platformy filtrują i blokują treści dobrowolnie. Po wprowadzeniu Dyrektywy będą to robić dużo bardziej skrupulatnie. Będzie bowiem wymagało tego od nich prawo. Poza tym w Waszym przypadku procedurę uruchomiono dopiero po zgłoszeniu naruszenia prawa autorskiego przez stronę przeciwną. Po przyjęciu Dyrektywy będzie się to dziać automatycznie, dla każdej publikowanej treści.  A z automatem nie bardzo jest jak dyskutować o definicji satyry.


Odpowiadali: Alek Tarkowski i Natalia Mileszyk (Centrum Cyfrowe) oraz Agata Krajewska

Wejdź na www.internetjestdlaludzi.pl
i wyraź swój sprzeciw wobec próby cenzurowania sieci!

Twórca i redaktor naczelny Vogule Poland. Dziennikarz, wydawca, osoba.
PODZIEL SIĘ