Kobieta w kagańcu świata 1: jak poznałam mojego męża Araba

1594
views

Z racji ostatniej mody na tradycyjną, narodową potrawę jaką jest kebab z sosem mieszanym plus falafel, postanowiłam wyjść naprzeciw oczekiwaniom jako autentyczna kobieta Araba – żona Tunezyjczyka i stawić czoła ciekawskim oraz hejterom, których zawsze chciałam mieć. Szczytem zera jest nie mieć hejtera, wie to Paulo Coelho oraz każda gwiazda, celebrytka, pogodynka, a nawet tylko dziewczyna starego, znanego dziennikarza po przeszczepie włosów w lansiarskich, kolorowych laczkach.

Jako prawdziwa członkini społeczności Vogule stwierdziłam, że nie spodoba wam się seria tekstów o pięknej Wenecji, gdzie można dojebać zdjęcie ładnemu gzymsowi i dodać hasztag #VeniceLove, dlatego nawet w tym klimacie nie próbuję. Wiem, że nie zaimponuję wam towarzyszem w typie Enrique, a wy nie pomyślicie „o ja prdl, o fuck, ta to ma super, a ja codziennie autobusem z Ostródy do Olsztyna na Juniwersity of Warmia and Mazury” tylko reakcja byłaby ble ble rzyg rzyg i zgłoszenie do prokuratury.

„Kobieta w kagańcu świata” – czy Martynę to śmieszy – nie wiem, nie wnikam ale brzmi majestatycznie hardkorowo, bo chcę opowiadać wam historie bez ściemy o życiu w miejscach z dupy. Obecnie jako żona Tunezyjczyka, wychowana w blokach polskiego miasta, jak perwers o kobiety w autobusie, otarłam się o bycie Karyną, skończyłam z egzotycznym facetem, mieszkając w kraju ohydnej herbaty z mlekiem i Tego-Czego-Imienia-Polakom-Nie-Wolno-Wymawiać – BREXIT-u (uoooo, szepty z tłumu).

Męża poznałam w pięknym, pięciogwiazdkowym hotelu w Hamammet*, z widokiem na Morze Śródziemne i palmy. On, nakładając mi kebaba, którego zamówiłam za darmo (bo all inclusive za tysiaka z przelotem) nalewał mieszany sos, żonglując butelkami. Nagle podniósł głowę w moim kierunku, a ja, kiedy ujrzałam tą przystojną twarz Zayna Malika, postanowiłam, że muszę dać mu się kiedyś osiodłać, jak bezbronna koza. Spojrzał na mnie czarnymi oczami spod bawełnianego-cotton-wool gałgana i wyszeptał: „Allahu Akbar mery mi pliz” a ja, że „tak habibi” i tak oto jestem, zamknięta w tej piwnicy, i piszę do was z prośbą o pomoc.

Muszę was rozczarować. Historia jest jednak mniej egzotyczna i trochę bardziej korpo-nudna. Pracowałam kiedyś w Polsce w moim mieście, najgorszym, najnudniejszym dużym mieście w Polsce (wpisujcie miasta w komentarzach), w polskim oddziale duńskiej firmy, której główna siedziba była w Belgradzie, a właścicielem był Rumuno-Bośniak (no co?), a jednym z moich kolegów we francuskojęzycznym dziale był właśnie przyszły szejk mojego serca.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że pewnego dnia będę miała okazję mieszkać w krajach, których dokładnego położenia na mapie nie znałam, do czego mu się nie przyznaję do dziś. Ale wiem, że też słyszycie, że dzwoni, ale nie wiecie, w którym meczecie. HE HE HE! Tunezja – że Afryka, że ciapaci, że kebaby, terroryści, ale gdzie to kurwa jest to nie wiadomo. Otóż jest to tu:

Jako, że jest to pierwszy odcinek serii “Kobieta w kagańcu świata”, nie chcę odkrywać wszystkich swoich kart. Na początek – dwie szokujące informacje:

  1. W Tunezji nie jedzą kebaba. (COOOOOO?? JAK TOOO BUUUU) #jajoleciztłumu #smutnyfalafel #NARA
  2. Wiem, że nie macie zaufania co do ciapatych rąk przygotowujących jedzenie, bo jesteście czystej krwi narodem wybranym, a pierogi lepią panie z atestami po moczeniu rąk w detergencie – powiem tak – gówno wiecie o fast foodach w porównaniu do Tunezyjczyków. Nie mówię o żarciu w hotelach, tam poza płynem do spryskiwaczy serwowanym jako rum, nic nie nadaje się do spożycia. Mówię o prawdziwym jedzeniu w codzienności lokalsów tak powszechnym, jak u nas  drożdżówka z kruszonką, którą połykasz szybko na przystanku, gdy budzik nie zadzwoni i nie zdążysz zrobić zielonego smoothie. Tam fast food to nie jest kacowe żarcie ani atrybut śmiecia, który nie followuje Ani Lewandowskiej na Insta i nie wie co to komosa ryżowa. Tam fast food to styl życia (ang. lajfstajl), absolutna esencja szczęścia i każdy jebany, prozdrowotny fit lamus zapomniałby tam o crossficie, oleju lnianym i kaloriach.

Makloub Escalope – czyli ichnia, prosta kanapka z kurczakiem na ciepło, którą można zamówić u każdego Ahmeda, na każdym rogu każdej ulicy. Pizzowy placek wypiekany przy Tobie w kamiennym piecu, idealnie przyprawiony kurczak i roztopiony ser plus prawdziwy – nie ze słoja –  majonez, wybrana przez Ciebie kompozycja warzyw (nie za dużo, co by nie zapomnieć o serze)… Ach! I do KAŻDEJ każdej rzeczy, którą zamawiasz, nikt nie zadaje głupiego, retorycznego pytania “może frytki do tego?” tylko wciska w łape rożek świeżo smażonych ziemniorów rozkoszy (nie mrożonych, tylko takich, jakich nigdy nie chce ci się robić na chacie lub się wstydzisz, bo tłuszcz), a cała ta impreza kosztuje w przeliczeniu 7 złotych, czyli mniej niż płacisz za mrożoną podróbę Giuseppe i keczup w Lidlu.

Kolejną ciekawostką (ciekawostka – słowo z kategorii “piwko” i “pieniążki”) jest to, że w Tunezji mówienie po angielsku, które w Polsce jest już standardem i jak nie rozumiesz memów, to i tak się nie przyznajesz i musisz udawać, że śmieszne – jest tylko dodatkową umiejętnością, więc możesz być sobą, czyli być debilem. Tam wszyscy ludzie, którzy są cywilizowani i nie pasą owiec w górach są przynajmniej dwujęzyczni i mówią po tunezyjsku i francusku. Jak wiemy, po francusku można albo mówić i być sexy i Edith Piaf albo Wulewu Kusze Awekmua Kici Kici Jaja, a ja właśnie byłam w tej drugiej kategorii i swój Present Perfect Continuous mogłam zostawić w domu, bo i tak nie robi na nikim wrażenia więc po co nosić zbędny balast, skoro i tak musisz wykonywać taniec połamaniec pokazując na migi, że chcesz swoją resztę, a nie dać napiwek…

Kolejnym szokującym faktem jest to, że mąż pozwolił mi wyjść z kuchni i napisać ten tekst i to jeszcze po polsku i nie piszę tego w żadnej chuście, ani nawet w burce. Podobno jestem za niska, a on nie lubi, jak się materiał majta po ziemi.

Najdrożsi Vogulemaniacy, chciałabym, byście sej łaczy łana sej, du łaczy łana du, nie wstydźcie się (hehe, wiem, że nigdy się nie wstydzicie, wyuzdane skurwysyny) – zainspirujcie mnie do kolejnego tekstu o aspektach życia z nietypowym facetem w nietypowym miejscu. Nie – jego była nie miała bródki.

*miasto w Tunezji, o którym gdzieś kiedyś slyszałeś/aś, bo starzy twojej koleżanki byli kiedyś w 2008 i był animator tam i tańczyli, a z powrotem przywieźli magnes z wielbłądem


tekst i zdjęcia: Paulina Laura Gajewska Ben Abdallah

PODZIEL SIĘ