Jakub Żulczyk Morganem Freemanem polskiej literatury

20623
views

Proza Jakuba Żulczyka jest trochę jak głos Morgana Freemana, czyli cokolwiek by nie zawierała w szczegółach, jest zawsze ekscytująca. Takie mi przychodzi do głowy podsumowanie przeszło 850 stron, które tej wiosny wyprodukował autor. 850 stron to bardzo dużo, jak na literaturę. Trzeba być skupionym przez wiele godzin, żeby przeczytać całość, a jednak Żulczyk potrafi rywalizować z szybkimi i fragmentarycznymi rozpraszaczami, które zapodaje non-stop konkurencyjny internet. On sam jest zresztą jak internet, tak szybko i sprawnie wszystkim żongluje, że czytelnik nie zdąży się znudzić, zanim dobrnie do ostatniej strony.

O czym jest ta książka? Jest ona o mieszkańcach spatologizowanego, polskiego miasteczka, w którym wszyscy rodzice znęcają się nad dziećmi, każdy mężczyzna to alkoholik, a każda kobieta to ofiara przemocy domowej lub współuzależnienia albo przemocy domowej i współuzależnienia. Na fabułę składają się także zbrodnia i jej deliryczne (bo wszyscy w powieści są alkoholikami lub mają inne zaburzenia odbioru) konsekwencje. Nie jestem pewna, czy to jest autentyczne w tym sensie, że małe miasteczka kojarzą mi się raczej z panelami słonecznymi na dachach domów i zainteresowaniem sprawami ekologii, ale mój przyjaciel mówi, że ja mam w głowie telewizję śniadaniową, która również umówmy się nie jest zbyt autentyczna, tylko że po prostu w drugą mańkę. Przejaskrawianie jest zresztą zupełnie typowym zabiegiem u Pana Jakuba (głos Morgana Freemana też jest nieproporcjonalny w stosunku do świata, a jednak słucha się go chętnie – w trailerach filmów zawsze zdaje się on wygłaszać prawdy ostateczne). Egzegeza pieniaczej walki o wartości w mikrokosmosie odrażającego miasteczka nie wydaje mi się więc co prawda jakąś specjalnie istotną lekcją, natomiast czyta się ona znakomicie jako bajka o obrzydliwościach. Momentami mroczny thriller „Wzgórze Psów” staje się zresztą wręcz zabawny w przedrzeźnianiu polskich potocyzmów. Bohaterowie urządzają sobie festiwale grepsów, które swobodnie można by zarapować, zaśpiewać, istne Opole z brzydkich słów, naprawdę.

Pomimo upływu lat bohaterowie kolejnych książek Żulczyka wciąż wchodzą w dorosłość lub przegrywają w życie zaraz po wejściu w nią i są niezmiennie z tego powodu podkurwieni. Myślę, że to bardzo ważna cecha tej literatury, zdenerwowaną młodzież musi w końcu reprezentować ktoś zdenerwowany (polecam minę autora). Na dodatek to, co pisze Żulczyk to klisza, która nakłada się na kliszę, która nakłada się na kliszę i tak dalej. Klisze pochodzą z zachodniej popkultury, na której wychowała się zdenerwowana młodzież. Ze względu na globalne umysłowe limbo, w którym tkwimy od momentu, w którym okazało się, że jest kryzys wszystkiego, reprodukowanie klisz i mistrzowskie nimi obracanie (nie przypadkowo jak to jest w modzie, ale jednak zgodnie z klasycznymi regułami tworzenia historii wstęp-rozwinięcie-zakończenie), jak w kolorowym kalejdoskopie, wydaje się najbardziej racjonalną, a możliwe, że również najbardziej angażującą odbiorcę strategią pisarską. To się nazywa obsługiwanie nostalgii. Autor ma zresztą również rzadki talent do oddawania za pomocą swoich wyjątkowo plastycznych metafor stanów umysłu właściwych młodości, która jest przejaskrawiona i egzaltowana z natury, charakteryzuje się głębokim przeżywaniem na płytkim poziomie wszystkiego, co ją spotyka. Bohaterowie Żulczyka są wiecznie skłóceni z życiem, niepogodzeni z nieciekawym losem, jaki im przypadł w udziale, przestraszeni światem, który jest zły i niebezpieczny. Niezależnie od tego wszystkiego starają się być jednak sexy w formie, co w dzisiejszych czasach jest więcej, niż ważne (najważniejsze).

Myślę, że autor powinien już dostać ten Paszport Polityki, czy tam nagrodę Nike, bo bez wątpienia jest bardzo sprawny w swoim rzemiośle, podchodzi do niego poważnie, stara się i nie leni. Dostarcza nam regularnie kolejne potrzebne w polskim gospodarstwie domowym narzędzie – tym razem do obsługi emocji nieadekwatnie (albo i adekwatnie, ale to temat na inny temat) pobudzonych wobec realnej nudy życia w późnym kapitalizmie. Innym możliwym zastosowaniem książki jest wykorzystanie jej jako podpórki w niektórych pozycjach jogicznych, gdy już będziemy mieli tych emocji dosyć.

PS. Na zdjęciu stoję na tle świętej japońskiej góry Fuji, pochodzi ono z wyjazdu blogerskiego, na którym ważnym influencerom z Europy pokazywano nowe Tamagochi, które podbije światowe rynki. Recenzja już niedługo.

PODZIEL SIĘ