Nawet nie wiem, jak zacząć tekst o akceptowaniu własnego ciała. Nieakceptowanie go wydaje mi się raczej kuriozalną konstrukcją mentalną. Powód jest jeden i jest prosty: formalny aspekt cielesności jest całkowicie podrzędny wobec faktu, że w ciele mieści się mózg oraz że transportuje ono ten mózg w przestrzeni.

Nie rozumiem za bardzo zatem, jak można debatować tygodniami, miesiącami, latami, dekadami wręcz na temat, jaki to typ tej lub tamtej części ciała spełnia w bieżącej jednostce czasu odrealnione standardy estetyczne wyznaczone przez jakichś ludzi o poważnie zaburzonej osobowości, gdzieś na odległym krańcu świata korporacji, w najwyższym wieżowcu, na ostatnim piętrze.

Mężczyznom z tego, co zauważyłam, podobają się różne typy urody (co objaśnił naukowo pod koniec XIX wieku Karol Darwin w publikacji „O pochodzeniu gatunków”), więc przesłanka numer jeden do inwazyjnego ingerowania w swój wygląd, jest w zasadzie przesłanką błędną. Nie chodzi o to wszakże, żeby podobać się każdemu chłopakowi na świecie. Mogłoby to nawet grozić śmiercią poprzez stratowanie. A skoro nie o to chodzi, po co się katować?

A jednak. Dziesiątki tysięcy kobiet doszusowują codziennie do zupełnie sztucznego (brzydkiego można wręcz powiedzieć) quasi-uniwersalnego wzorca, a cała reszta (lub duża część reszty), której słusznie się doszusowywać nie chce, ma wyrzuty sumienia, że tego nie robi.

Piętrzą się analizy, jak fatalnie wpływa na człowieka Instagram, lecz jest to wciąż na oko atrakcyjna kariera. Wygląda na mało męczącą, przez co intensywnie kusi. W rzeczywistości robienie zdjęć to żmudne zajęcie, a manipulowanie uwagą algorytmów w social mediach jest jakąś spekulatywną paranauką, która w 94 procentach składa się z picu. Na dodatek internauci są niewychowani i naprawdę nie warto wiedzieć, co myślą. Zwłaszcza na temat tego, czy jesteś ładna, czy nie ładna. Nie chcesz też poświęcać całej doby na okręcanie się wokół własnej osi przed lustrem, bo to ogłupiające i może się skończyć wstrząśnieniem kluczowego dla Twojego życia organu, czyli mózgu.

Wolałabym, żebyśmy nie musieli teraz wszyscy rozmawiać o ruchu body positive i omawiać truizmów z nim związanych, ale na to wygląda, że sprawa samoakceptacji to niekończąca się walka dobra ze złem. Na każdą porcję afirmacji, natychmiast pojawia się odpowiedź w postaci presji, opresji lub represji.

Przerażająca dla świata głobalnych marek (w tym Watykanu) prawda o ciele kobiet (lecz nie tylko) jest taka, że najatrakcyjniejsze są te, które nawet nie tyle tak o sobie myślą, co tak się czują. Żeby jednak czuć się atrakcyjnie trzeba umieć sobie powiedzieć, że cały perswazyjny bełkot świata, to aberracja. Wciskanie ludziom na siłę kompleksów jest, nie bójmy się powiedzieć tego głośno, złem w czystej postaci (w imię tego, co zwykle, czyli chciwości). Wielu ludzi na tę amoralną działalność poświęca całe życie, za co potem będzie się smażyć w piekle.

W ramach lekcji polecam Waszej uwadze projekt instagramowy Magdy Ławniczak body_mirror, który prezentuje prawdziwych ludzi nie poddanych obróbce graficznej. To bardzo ładne zdjęcia przedstawiające brak wstydu. Nie bezwstyd, który jest zjawiskiem powszechnym i przeważnie współwystępującym z pruderią, tylko rodzaj spokoju wewnętrznego, który osiągamy, gdy uda nam się wyluzować, pomimo nieustannie napływającego strumienia sygnałów ze świata zewnętrznego, że powinniśmy to lub tamto zrobić generalnie, ze sobą lub ze swoim ciałem.

Dobrze by było jednak wyjść wreszcie z paradygmatu świata, w którym kobiety pełnią rolę cyrkowego atraktora, a na dodatek są za to jeszcze karane pełnymi dezaprobaty komentarzami. Normalne, nie ponacinane z każdej strony ciało to rzecz, którą elegancko jest najwyżej skomplementować pełnym zdaniem. Lajk to bowiem też jakaś forma aroganckiej jałmużny.

Przypominam też, że większość kobiet ocenia atrakcyjność 80 procent mężczyzn jako poniżej przeciętnej, lecz nie debatujemy o tym publicznie, ekscytując się tak, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie.

To nie jest nawet z mojej strony jakiś rodzaj chorego triumfu, że teraz będę pisała na murach, że chłopcy wyglądają jak ziemniaki.

Po prostu, co powinno być oczywiste, opinia ziemniaków na tematy estetyczne nie jest ani trochę interesująca, bo nie są one w tych sprawach autorytetami, jak także w żadnych innych sprawach zresztą, co dobrze odzwierciedla stan, do którego ziemniaki doprowadziły świat, wystarczy się rozejrzeć.


Na zdjęciu okładkowym dzieło sztuki autorstwa Lucjana Freud’a, wnuczka Zygmunta