Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie. „Zawód” Kamila Fejfera [RECENZJA]

10413
views

Polska debata publiczna wypełniona jest intelektualistami po brzegi, ale posuwa się do przodu z prędkością ślimaka na wózku. Dopiero wygrana wyborów przez PiS spowodowała jej niewielkie ożywienie – takiego afrontu ze strony lumpenproletariatu trudno nie zarejestrować, nawet jeśli jest się intelektualistą. Cóż takiego się mogło stać? Zastanawiają się państwo już drugi rok.

Dosyć precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie udziela we właśnie wydanej książce „Zawód” Kamil Fejfer, twórca popularnego fanpejdża Magazyn Porażka. Książka to zbiór reportaży przedstawiających doświadczenia zawodowe tak zwanych „zwykłych Polaków”. W Polsce A „zwykły Polak” kojarzy się ze ścianą wschodnią, niskimi kwalifikacjami, a także symbolicznie reprezentuje poznawczo obóz ciemnogrodu, więc nie zasługuje za bardzo na próby dialogowania. Są to jednak bardzo grube błędy poznawcze, zważywszy na to, że pokolenie wychowujące się w tak zwanej wolnej Polsce zostało właściwie w całości wepchnięte na niepotrzebne nikomu do niczego wyższe studia i spędziło nieproporcjonalnie (do korzyści) dużo czasu na chłonięcie wiedzy akademickiej o charakterze hobbystyczno-small-talkowym. Trudno dostrzec to z Warszawy, która składa się przede wszystkim z działów marketingu, a więc small talk jest w niej w zasadzie podstawowym zajęciem. Następnie okazało się zaś, że duża część z tych niepotrzebnie przekwalifikowanych osób nie tylko nie ma możliwości realizacji swojego intelektualnego potencjału, ale nawet fizyczne przetrwanie przedstawiane jest im w miejscach pracy jako rarytas lub forma łaski, która spływa z góry.

Bohaterowie „Zawodu” pracują na szatni, czy w gastronomii, chociaż w swoich wyuczonych zawodach bywają nawet wybitni. Cóż jednak z tego, jeżeli kultury w Polsce właściwie nie ma, a dziennikarstwo to dziś wytwarzanie kontentu stanowiącego pretekst do bombardowania odbiorcy reklamami. Wstrząsająca jest historia ratownika medycznego, mistrza w swoim zawodzie, który pracuje na dwa etaty, zarabia 18 złotych za godzinę, a na dodatek nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby zapewnić mu psychologiczną pomoc w związku z faktem, że wykonuje jeden z najcięższych zawodów, jakie istnieją. Nie muszę chyba dodawać, że jeśli on i jego koledzy się zbuntują i wyjadą z Polski, to spece od reklamy będą umierać na ulicach, a inni spece od reklamy będą ich omijać wpatrzeni w ekrany swoich telefonów. A może właśnie muszę?

W książce przebłyskuje teza sformułowana jakiś czas temu przez Andrzeja Ledera, jakoby w naszym kraju feudalizm nigdy się nie skończył. Właściwie wystarczy pójść do kościoła i posłuchać sobie melodycznych fraz „panie nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie” wypowiadanych przy okazji konsumpcji ciała pańskiego, żeby zrozumieć dlaczego oburzenie prawie nigdy nie jest tu wyrażane merytorycznie i wprost, tylko podlega transformacjom symboliczno-pompatycznym i zamienia się w bezmyślną, łatwą do ośmieszenia, agresję. To jedna strona medalu. Druga – ci którym się udało. W którymś z odcinków programu „Pudelek Show” odnosząca sukcesy bizneswoman Joanna Przetakiewicz została zapytana ile w Polsce kosztują różne produkty. Paprykarz przeszacowała o jakieś 300 procent, co pokazuje jak niewiele kontaktu z rzeczywistością mają tak zwani ludzie sukcesu. Joanna Przetakiewicz to oczywiście przypadek skrajny, możliwe, że również przyzwoity pracodawca, ale fakt, że nie wie nic o konsumpcji w wymiarze podstawowym jest symptomatyczny. Wystarczy raz się przejść do Biedronki, żeby się zorientować ile tak naprawdę kosztuje życie. Nie instagramowa projekcja na temat życia, tylko życie. Takie właśnie zainteresowanie się cenami w swoim regionie, a także zadbanie o podstawowe bezpieczeństwo socjalne pracownika powinno być kwestią przyzwoitości, a nieinteresowanie się dobrostanem osób, które wytwarzają zysk firm, w których są zatrudnione, powinno się wiązać dla pracodawców z poczuciem wstydu. Czemu tak nie jest? Bo feudalny pan nic nie musi, a w Polsce wszyscy pochodzimy od chłopów, z czym się za żadne skarby nie potrafimy pogodzić i kiedy tylko zyskujemy ponadprzeciętną siłę nabywczą, zaczynamy gorączkowo udawać arystokrację.

„Zawód” opowiada o jednostkowych doświadczeniach, ale Fejfer przytacza także statystyki, które pokazują, że te jednostkowe doświadczenia oddają prawdę o sporym fragmencie rzeczywistości społecznej. Mediana zarobków w Polsce (kwota poniżej której połowa osób zarabia mniej, a połowa więcej) w roku 2014 wynosiła 2350 złotych na rękę. Będąc mało wymagającym singlem da się za takie pieniądze przetrwać, ale osoby, które lekkomyślnie założyły rodziny, mogą już mieć przy takich zarobkach sporą trudność z dopięciem budżetów domowych. Mało tego, za te zawrotne kwoty Polacy pracują prawie najdłużej w Europie, co oznacza, że są permanentnie przemęczeni, a przy permanentnym przemęczeniu trudno mówić o satysfakcjonującym życiu. Jeśli dodamy do tego bezustanne wystawienie na narrację o konieczności osiągania sukcesu (bo bez sukcesu i towarzyszącej mu hiperkonsumpcji nie ma mowy o szczęściu), to życie w Polsce zaczyna jawić się jako irracjonalny horror.

Fakt, że to wszystko umykało publicystom aż do roku 2015 i że musiał się pojawić Kamil Fejfer, żeby stało się jasne, że ludzie o niskich zarobkach nie gryzą i że można z nimi porozmawiać świadczy o tym, że mamy naprawdę bardzo duży problem z komunikacją i że ludzie, którzy zajmują się nią zawodowo są rażąco, totalnie niekompetentni. Świadczy to też niestety o wyższości intelektualnej PiS-u (tak, intelektualnej) nad całą resztą partii politycznych.

Na szczęście jednak, wreszcie, ślimak debaty publicznej ruszył z miejsca.

PODZIEL SIĘ