Pochwała obcości

9469
views

Wyobraź sobie, że jesteś inny albo inna. Pod jakimkolwiek względem: nosisz coś, co nie przypada do gustu opinii publicznej (na przykład krótkie spódniczki, lub za duże bluzy, za krótkie włosy, jeśli postrzegają cię jako ją; ciasne spodnie, różowe skarpetki, jeśli jesteś postrzegany/a jako on). Ale lubisz to, więc robisz to dalej. Słusznie. Może to być coś publicznego, a może być coś prywatnego. Często jest tak, że bycie innym publicznie wiąże się albo z wykluczeniem, albo heroizacją (wow, on/a to ma styl; jest nietuzinkowa itd.) Najczęściej jednak słyszymy o pochwale myślenia, nonkonformizmu i bycia sobą w sferze publicznej, choć dobrze wiemy, że ci wszyscy, których nie dosięga blask sławy bycia innym pozytywnie, byli na tyle inni, że ich inność zaburzyłaby obraz większości. Są skazani / skazane na bycie innym albo w sferze prywatnej (do której mają dostęp osoby zgadzające się na daną inność, oglądający ją jakoby z własnej woli), albo degradację społeczną.

Zatem albo jesteś inny (inny spośród nas), albo obcy (na tyle inny, że nie należysz do nas). Inność, powtórzmy, jest dzisiaj aprobowana. Inność jest wartością, którą można spieniężyć. Dla przykładu: inny sposób podejścia, inny produkt, inna metoda — to wszystko można spointować powiedzeniem, już klasycznym dla naszej dekady, że „to wypełni niszę na rynku”. Tęczowe firmy, gay friendly knajpy, feministyczne bluzy. Produkty i usługi sygnowane innością są stałym elementem naszej rzeczywistości. Ich obecność, używanie inności jako znaku towarowego, nie jest niczym dziwnym, gdyż rynek ma charakter ekspansyjny.

Inność stała się również kategorią potwierdzenia naszej tolerancji względem tych innych kultur, stylów życia, dyskursów, dobierania skarpetek czy sposobów pakowania walizki. Ta tolerancja jest jednak złudnie czymś, co poszerza nasze granice, otwartość na coś nie-naszego. Wbrew pozorom tolerowanie innego/innej jest utwierdzeniem naszej podmiotowości, naszego własnego stylu życia, dopuszczającego inne style do życia obok nas. Nie zagraża nam, świat stale wypełnia wiele inności, które jednak są elementem tego samego systemu myślenia. Tolerancja ma funkcję samozachowawczą. Akceptuję, czyli jestem poza, ale dopuszczam. Jestem ja i jest coś obok. Tak zorganizowany świat przypomina pudełko pełne kulek, które nigdy się nie łącza, a jedynie wypełnią kształt pudełka, w którym się znajdują.

Przeciw tolerancji inności występuje jednak ratujące nas z tej „ciasnej” pułapki pojęcie — afirmacja obcości. Tolerancja, jak powiedzieliśmy, ma charakter nieotwierający, utwierdzający nas w naszych przekonaniach, nic nie zmienia, niczego w życiu nie powoduje (więcej: żadnego życia nie powoduje). Afirmacja jednak jest burzycielką, mieszającą różne myśli, racje i poglądy ze sobą w życiodajna papkę. Nie jest neutralna, jak tolerancja, a raczej pozytywna, to ona otwiera nam oczy, poszerza horyzonty i pomaga być kimś innym, a nie obok kogoś innego. To jednak nie przysługuje temu, co inne (ale nasze); jest to cecha przynależna peryferyjnemu, tabuizowanemu i obcemu. Uchodźcom, schizofrenikom, niecispłciowym; nienależącym do naszej normatywności. To, co inne, utwierdza; to, co obce, zadaje gwałt: zmusza nas do odpowiedzenia na pytanie, o których konieczności nie mieliśmy wcześniej (przed spotkaniem obcego/obcej) pojęcia. Znajdujemy coś poza systemem. Coś, czego doświadczenie zadaje kłam życiu, którym żyliśmy.

Dzisiaj wielu homoseksualistów i wiele homoseksualistek pragnie założyć rodzinę; w wywiadach podkreślają, że są tacy sami, co inni; że normalnie kochają. Tym samym zmieniają się (w zależności od okoliczności szybciej lub wolniej) w figurę innego, która zamiast rewolucjonizować — legitymizuje, nadaje systemowi (który jest opresyjny względem coraz to bardziej bogobojnych mniejszości) praworządnego charakteru. Przy tej tendencji tolerowania musimy obejrzeć się za siebie. Potem z góry spojrzeć na świat i okoliczności, którego go tworzą. Następnie musimy siebie zapytać, czy ten świat, system, dyskurs, sposób pakowania walizki, ma prawo występować w obronie innych? Czy ma prawo instrumentalizować mniejszości na rzecz politycznych rozgrywek?

Vanessa Bell, Virginia Woolf (c. 1912) © National Portrait Gallery, London

Virginia Woolf miała zwyczaj spacerowania po ulicach Londynu. Skrępowana duchem wiktoriańskiej moralności, dopiero na świeżym powietrzu czuła, że tworzy, żyje. „Nie jesteśmy już całkiem sami, kiedy w przyjemny wieczór, gdzieś między czwartą a szóstą wychodzimy z domu, zrzucamy z siebie tę jaźń, którą znają nasi przyjaciele, i dajemy się wcielić do wielkiej republikańskiej armii anonimowych wędrowców — takie towarzystwo jest miłe po samotności własnego pokoju”*. Dopiero doświadczenie obcych jest twórcze, „wartościowe” oraz pozytywne; poza własnym pokojem. W dużej mierze, to właśnie jest atutem mniejszości represjonowanych przez kulturę — bycie innym i buzowanie poza normatywnością, sprzeciwianie się jej, ale w sposób burzycielski, a nie potulny. Autorka powyższego cytatu, żyjąca w pruderyjnej Anglii, wiedziała to najlepiej.

Nigdy nie jestem sobą, ja to ktoś inny.


* Virginia Woolf, Ulicami Londynu, w: V. Woolf, Eseje wybrane, przeł. M. Heydel, Kraków 2015

Sebastian Słowiński (ur. 1998 w Poznaniu) – publicysta, poeta, antyfaszysta, współdziałający z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet oraz Obywatelami RP. Związany z Opinią Bieżącą, publikuje również na łamach Osiem Dziewięć. Interesuje się filozfią polityki, queerem oraz zjawiskiem faszyzmu. Studiuje na warszawskim MISH-u.

PODZIEL SIĘ