Narzucone kulturowo problematyzowanie śniadania [GĄSKA]

410
views

Przed snem myśli płyną wartkim strumieniem, są nieujarzmione. Nieujarzmione i irytujące. Powodują tik nerwowy lewego palca u prawej stopy ozdobionego błyszczącym kolorowym paznokietkiem. Zasypianie jest jak wkładanie głowy pod wodę, fizyczne objawy stresu zostają na powierzchni. Podobno podświadomość to ta większa część góry lodowej przebywająca pod wodą. Podobno też śnią się rzeczy znaczące, co opisywane jest w sennikach. Gdy wypadają zęby, to znaczy, że ktoś umrze. Gdy śnią się buty, to znaczy że nie wiesz, co zrobić ze swoim życiem.

Ciągle śnią mi się buty. Szukam wśród regałów zagubionej baletki, a drugą mam na stopie. W stosach obuwia zdecydowanie jej nie ma. Są inne, ale na pewno nie ta, której szukam. Współczesny, pokręcony Kopciuszek woła o pomoc!

Latanie z kolei to podobno filogenetyczna pozostałość po umysłowości ptaka. Prehistoria wpisana w jakąś przestarzałą grupę neuronów, przez które czasem przebiegnie impuls i wtedy to się dzieje w dolnej części góry lodowej, jaką jest podświadomość uruchamiana podczas snu, że się lata. Zazwyczaj w ramach ucieczki. Może ptaki też latają ze strachu.

Co jednak jeśli śnią się produkty? Czy jest to naturalną konsekwencją ich istnienia na jawie? Zapewne. Niemniej problem pozostaje, szczególnie jeśli chęć zakupu przebija się do świadomości i trwa po obudzeniu.

Raz przyśnił mi się francuski rogalik nadziewany czekoladą. Obudziłam się, przeciągnęłam, wypiłam kawkę, potrzeba nadal utrzymywała się, nabrała nawet kształtu potrzeby palącej, wymagającej natychmiastowej realizacji. Naciągnęłam więc na siebie dresową powłokę, założyłam futrzaną warstwę ochronną i wybrałam się na łowy do sklepu osiedlowego omijając skrzętnie przeszkody w postaci osiedlowych alkoholików, którzy wszyscy bez wyjątku są we mnie śmiertelnie zakochani. O nie, nie będziecie mnie całowali w policzki, gdy prę do przodu w celu upolowania rogalika, jeszcze czego, ani mi się śni.

Co się okazało? Wszystkie były w sklepie typy rogalików z czekoladą, tylko nie zwykły. Nadzienie czekoladowe wymieszane z morelą, z kokosem, z wiśnią, truskawką, jeżyną, porzeczką, z ogórkiem prawie. Zatkało mnie doszczętnie. Sparaliżowało mój ośrodek decyzyjny. A co ja bym chciała, który rogalik chciałabym zjeść? Otworzyłam usta szeroko i spędziłam 5 minut życia (słownie pięć) na bezmyślnej kontemplacji ściany rogalików wszystkich możliwych do wyobrażenia rodzajów.

Co z tego wynika? Wnioski zapisuję w internecie, moim rozproszonym dzienniku. 1. konsumpcja musi być pracą, bo jest trudna, angażująca, wymagająca spalania energii na podejmowanie decyzji, które choć nieważne, uruchamiają cały mózg zupełnie jakby miały znaczenie; 2. ucieczka od wolności sama nasuwa się jako wybór, jeśli konsumpcja nie jest pracą. Co bowiem zrobiłam w obliczu tego wyzwania? Otóż uciekłam w panice ze sklepu, skazując się na dzień bez śniadania. A przecież nie można nie jeść śniadań. Trzeba to robić, bo się umrze z głodu. Ta binarna sytuacja rozrasta się niebezpiecznie w pokaźne drzewko decyzyjne. A przecież w ciągu dnia jest tyle posiłków. Powinno być 5, ale kończy się na trzech albo na podgryzaniu produktów przy otwartej lodówce w liczbie 23. Za każdym razem z poczuciem winy, że nie są one zdrowe i zawierają mięso, a przecież ptaki latają ze strachu. Uzasadnionego strachu spowodowanego tym, że może zjeść je zdezorientowany człowiek wypełniony po brzegi poczuciem winy.

Ach, jakże skomplikowanym jest życie!


tekst i fotografia: Joanna Gąska

PODZIEL SIĘ