Masłowska – kryzysowe zarządzanie przedszkolem

13258
views

Zacznę może od tego, że Dorota Masłowska nie odpowiada na postawione w tytule swojej najnowszej nie-powieści pytanie. Jej się co prawda bez wątpienia udało wykonanie arcytrudnego manewru kolonizacji świata psychicznego Polaków za pomocą klawiatury w laptopie, ale taką ścieżkę kariery trudno uznać za reprezentatywną. Nawet na niwie literatury autorka stanowi osobną grupę zawodową. Większość pisarzy nie ma co liczyć na to, że wydawnictwa będą zabiegały o drukowanie ich felietonów z internetu. Felietonów, które są dostępne za darmo dla każdego, kto potrafi wpisać adres strony www (dwutygodnik.com). „Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu” to produkt a) przewrotnie recyklingowany, b) kolekcjonerski, c) stworzony przy minimum wysiłku i środków. Trudno się w sumie dziwić takiej postawie człowieka wrażliwego, mającego pełną świadomość panującej powszechnie pogardy dla wrażliwości i wszelkiego niuansu. Czy uzyskawszy pewien rodzaj prestiżu nie będzie on próbował odwrócić się półplecami do odbiorcy i tylko czasem rzucać w przestrzeń jakiś ochłap, ażeby podtrzymać towarzyszącą mu w życiu sytuację świętego spokoju i kontrolowanej alienacji? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami we własnych sumieniach.

Abstrahując od oszukańczego clickbait’u umieszczonego w tytule, w garści felietonów pani Doroty pojawiają się myśli ważkie. Najistotniejszą z nich jest zdaje się diagnoza, z którą się w zupełności zgadzam, że w epicentrum skłócenia, w które nas wrzucono, za podstawowe spoiwo kształtujące wspólnotę służy slapstickowy świat celebrytów. Tylko oni, ze swoimi monstrualnymi zasięgami i wachlarzem idiotycznych zachowań są w stanie wyzwalać emocje na ogólnonarodową skalę. Są też najlepszym probierzem tego, co uznajemy w naszej kulturze za dobre, złe, eleganckie, brzydkie, dopuszczalne, czy skandaliczne. Podobnie różnego rodzaju popkulturowe półprodukty telewizyjne stanowią lepiej skalibrowane lustro dla aktualnej polskości, niż tak zwana kultura wysoka, która dostępu do siebie broni splotem skomplikowanych kodów możliwych do nabycia przede wszystkich w ramach nieszczególnie praktycznych studiów wyższych humanistycznych.

Kolejną refleksją, która nawiedziła mnie podczas czytania (ale nie tylko, bo i podczas moich ostatnich wałęsań po mieście stołecznym, gdzie miałam okazję dużo rozmawiać z różnorako oetykietkowanymi ludźmi), jest to, że język niespecjalnie się nadaje do opisu rzeczywistości. Używamy go tylko dlatego, że nikt jeszcze nie wymyślił lepszego narzędzia do przesyłu energii między ludźmi. W języku funkcjonuje ogromna ilość bezmyślnych klisz i krzywdzących wartościowań, które doskonale nadają się do dzielenia rzeczy na lepsze i gorsze sorty. Rzeczywistość uśmiechów i gestów, różnych małych, miłych rzeczy dużo bardziej mi się podoba. W sytuacji zupełnego zanurzenia w języku powinniśmy jednak instynktownie podążać za ludźmi, którzy opanowali go do perfekcji i potrafią wyrażać się z precyzją lasera. Tylko oni bowiem, potrafią się w składaniu słów wznieść ponad tę krzywdzącą siatkę uraz i wyciągnąć z niej jakieś dowolne plus nieskończoność. Dorota Masłowska (nawet niespecjalnie się starając) jest w tej dziedzinie wyjątkowo sprawna i w tym sensie nawet jej lenistwa nie można odrzucać.

Wyznaję aktualnie dosyć nieszablonowy światopogląd, który można by określić mianem „przedszkolankizmu”. Jeżeli ktoś może spuścić ciśnienie z rzeczywistości, to są to osoby płci żeńskiej o wysokiej inteligencji i zacięciu do zarządzania dużymi grupami małych dzieci. W jakimś sensie DM wpisuje się w ten pomysł na naprawienie świata, cieszę się więc, że jest ona obecną, nawet jeżeli popadła w ograniczony izolacjonizm i nie opuszcza mieszkania. Nie zachwycam się jej najnowszą książką, lecz również jej nie odrzucam. Byłoby to ciosem w żywotną energię naprawczą dzielnych przedszkolanek.

PODZIEL SIĘ