Kobieta w kagańcu świata 4: Polaczek w Anglii hejtuje deszcz

12870
views

Heloł, hałarju Świeżaki-Vogulaki? Z racji tego, że mieszkam Anglii, gdzie kaganiec rzeczywiście przydałby mi się, żeby nie przybrać 10 kilo z okazji jesieni, postanowiłam wam przybliżyć, jak to jest mieszkać w tej egzotycznej, mało popularnej lokalizacji.

Tematem numer jeden, bardzo znanym i lubianym przez wszystkich, gdyż ratuje nieprzyjemną ciszę, gdy zabraknie tematów jest CHUJOWA POGODA. Nie przestaje mnie zadziwiać od 10 lat, bo właśnie wtedy, w 2007 roku, pierwszy raz postawiłam stopę w Jukej, odziana w spiczasty but z Dajszmana. Podjarana, że spędzę dwa tygodnie sierpnia w zachodnim kraju, gdzie Haribo są tańsze niż woda, spędziłam je na NaszejKlasie.pl oglądając swoich byłych narzeczonych z przedszkola i marząc o molo w Międzyzdrojach.

Po mieszkaniu w Tunezji przez prawie rok, moja definicja ładnej / brzydkiej pogody bardzo ewoluowała. Wcześniej, na przykład “gorąco”, znaczyło dla mnie, że Big Milk, którego kopiłam w budzie przy plaży, cieknie mi po ręce zanim dotrę do napisu, że drugi za friko. Teraz, dopóki włosy w nosie nie płoną, a mózg jakby lekko się nie ścina, nie kwalifikuję tego jako upał. Ale wiem, wiem, angielska pogoda, każdy tam przecież był i widział, bo każdy ma tam starego, wujka czy kuzynkę i wszyscy wiemy, że pogoda jest tak słaba, że gdyby nie ich waluta i Primark, nikt by tam nie mieszkał oprócz rudych ludzi i owiec.

Teraz mieszkam tu na stałe i to nie są żarty, tutaj serio serio jest najchujowsza pogoda, która przez cały rok niewiele się zmienia – szaro, buro, Irma i deszcz i wiater. Oczywiście, jako geniusz strategii, ostatnio chciałam dowiedzieć się, co z nami będzie, kiedy znajdziemy się na zakręcie i zrobiłam sobie grzywkę “na Sylwusię Grzeszczak” . Mimo, że włosy mam raczej kręcone  (przyznaję, że niejednokrotnie jedna z moich psiapsi porównywała je do włosów królowej Magdy, zanim to było  modne)

Moja grzywka wymaga codziennego modelowania na prosto, a że z nieba aniołki strzepują mocz (he he), w jakieś 15 minut po wyjściu z chaty zmieniam się w Marka z “M jak Miłość”, z tą właśnie literą na czole. Obserwując Angoli w naturalnym środowisku zauważyłam, że opracowali oni pewna strategię, którą nazywam “wesoły ignor”.

Przykład – dzień rozpoczyna się kolorem kawy z mlekiem, stojącej na biurku od piątku, znalezionej w poniedziałek. Deszcz napierdala niestrudzenie, zróżnicowaną częstotliwością, studzienki pracują intensywnie niczym Polacy w fabrykach. Idę na przystanek, logo McDonald’a na grzywce już powstaje. Telefonu nie wyciągnę bo deszcz, parasolka się wygina bo wiatr. No, milusio, nie powiem. Na przystanku niczym nie wzruszeni ludzie. Pani w naprawdę brzydkiej, czerwonej kurtce przeciwdeszczowej, zrobionej na bank z tego samego materiału co namioty i żagle, której w Polsce nie ubrałby nawet Jacyków i  Brodka – gada sobie przez telefon. Drze się, bo przecież pewnie słychać ją świetnie, jak jej tak wicher nakurwia w głośnik.

Obok mnie dziewucha z parasolka w sukience letniej, modny model hiszpanka plus sandał. Stopa mokra, chlupie sobie cichutko. Na jej twarzy zupełnie nic.  Wsiadamy do autobusu, hej haj helloł (tak gbury, w Anglii witamy się z kierowcami, a wysiadając nawet żegnamy i mówimy fenk ju za przejażdżkę), a kierowca zagaja do Mokrej Stopy: 
“-Okropna pogoda, nieprawdaż?
– Och, okropna! Ale podobno jutro ma być słońce!
– Mam nadzieję, hi hi.”

I ja tak sobie myślę : “Aha, to jak jutro ma być słońce, a dziś jest prawie powódź, to czemu dziś ubrałaś te sandały? Na zapas se ubrałaś? Co tobą kierowało, jak rano zobaczyłaś te szare gówno na zewnątrz, a i tak wybrałaś właśnie tą stylizejszyn #OOD?”

Jak to co? Pogoda jej nie zniewoliła, nie po to kupiła sandały, żeby w nich nie chodzić, a to przecież nie tej dziewuchy wina, że akurat mieszka na wyspie w lokalizacji z dupy, a pory roku nie istnieją. A pani w czerwonym żaglu – też w lepszym położeniu niż ja, bo nie miała marudnej japy obrażonej na bozię i królową Elżunie, że pada i wieje.

No i właśnie moi drodzy, zmierzam do takiego głębokiego przesłania, które tu w Wielkiej Brytanii króluje – NEVER DON’T GIVE UP. Aplikuję to do siebie i do ciebie, Polaczku w Anglii – ubierz sandały (nawet ryzykując amputację palców u stopy z odmrożenia) jak masz ochotę. Bo w UK, mimo, że szaro, mokro, wieje i do dupy, możesz sobie nosić co chcesz i gdzie chcesz. Do tego zarabiasz w funtach, to cię stać, więc kup se przeciwdeszczowy płaszcz Burberry i zamknij mordę. Pozdro, Karaluszki.

Marzy by zwiedzać świat za pieniądze z internetu. Wyszczekana tak, że potrzebuje kagańca, biedna tak, że wyemigrowała do Anglii.

PODZIEL SIĘ