Joasia Gąska znowu szokuje. Drugi odcinek „Marzenki”.

(w poprzednim odcinku)

Przed Wami drugi odcinek niezwykle skandalizującej powieści Joasi Gąski, która ma służyć Waszej rozrywce i rozwojowi osobistemu (pod wersją video wersja tekstowa).

Jest cztery lata wcześniej. Marzenka stoi na peronie w małej miejscowości ubrana w lazurowe, przecierane dżinsy i przeczesuje palcami tlenione włosy. Peron to poczekalnia, ale bardziej jak czyściec, niż ta u dentysty, bo u dentysty szemrze strumyk z głośnika, a tu tylko metaliczny głos informuje, że pociąg do lepszego świata odjedzie za moment i że pewnie go przegapisz.

Marzenka jedzie do Warszawy na studia dziennikarskie. Nie zamierza przegapić pociągu, tutaj spaliły się za nią wszystkie mosty. Jej pierwszą miłość wiozą właśnie panowie do więzienia za niewielki rozbój. Kiedy w dyskotece „Tępa Piła” konkurencyjny mięśniak pozwolił sobie postawić naszej bohaterce wściekłego psa, Bartoszowi pękła żyłka i skrzyknął kilku swoich postawnych kolegów, ażeby pokazać, ile to on nie ma honoru ma na tle swojej kobiety. Niestety tamten poszkodowany fafarafa kogucik zgłosił na policję krew, która poszła mu z nosa i teraz Bartosz będzie musiał swoje odsiedzieć w jednej pozycji, co może zaowocować oklapnięciem całej muskulatury i jest swego rodzaju tragedią na małą skalę. Ale nie ma co wracać do przeszłości, odcinamy ją nożyczkami i spuszczamy w kiblu, woda wiruje do wnętrza ziemi i już nie ma przeszłości, jest tylko tu, teraz i to co przed nami.

„Będę poważną dziennikarką, która co rano stawia stopę w eleganckim obuwiu na chodniku ułożonym z kostki brukowej.” Tak sobie Marzenka wyobraża. Na razie ma przerwę między zębami, jest trochę nieładna i trochę zaciąga, ale wszystko można wyszlifować, jeśli się tylko bardzo chce, jeśli się naprawdę o tym marzy.

Wtem do Marzenki podchodzi jakiś miły chłopak przyodziany na sportowo.

– E mała, może obciąg?
– Nie, sorry. Czekam na pociąg do lepszego świata.

– Nie pociąg, tylko obciąg. Głucha jesteś, czy co? A, rozumiem. Chcesz pewnie browar za to, albo chrupki byś zjadła może. Teraz wy wszystkie się wycwaniłyście w okolicznościach rynkowych i już żadna nawet z grzeczności nie zrobi małej grzeczności kawalerowi.

Marzenka zgrzyta ząbkami, ale nie może za bardzo zareagować, bo nie ma obok niej żadnego silnego męskiego ramienia, które mogłaby zaangażować w wymierzanie kary za obrazę czci.

– Zjeżdżaj do tych brudasów, z którymi kiblujesz pod budką. – zwraca mu tylko uwagę.
– O przepraszam bardzo, my wszyscy jesteśmy czyści rasowo. Robiliśmy testy DNA i wyszło, że nie mamy żadnej domieszki krwi obcojęzycznej. – obrusza się dres i w końcu odchodzi.

W małej miejscowości żyje piętnaście tysięcy osób i wszystkie się znają. Jak na przedmieściu ktoś komuś coś szepnie do ucha, to już po godzinie w centrum pobrzmiewa echo tej wiadomości. Marzenka wyjeżdża do wielkiego miasta, wyjeżdża, opuszcza nas po wielkiej awanturze w „Tępej Pile”. Mówi gruba dziewczyna grzebiąc sobie doklejonym paznokciem w oku. Marzenka straciła cierpliwość i zaczyna gdzieś od zera. Od zera do bohatera. Tak mówi amerykański mit. Od pucybuta do milionera. Tak to leciało. Z zapuszczonego blokowiska wskakuje prosto na karty „Seksu w wielkim mieście”. Tak to wygląda w praktyce, jeśli ktoś jest odpowiednio uparty, niewyobrażalnie się wręcz stara. Grubaska się nad tym nie zastanawia, bo spala jej się papieros nieuchronnie, a to ostatni w paczce, więc trzeba się zatroszczyć skąd wziąć kolejne cienkie L&M’y mentolowe. Sztuka przetrwania w małej miejscowości, temat na osobną historię, ale tu nie o tym, bo wsiadamy do pociągu razem z Marzenką i zostawiamy młodzież bez przyszłości za sobą, mijamy coraz szybciej kolejne budynki gospodarskie i już wjeżdżamy w pustą przestrzeń, na której kończą się żniwa.

Marzenka słucha Peji – specjalisty od twardej życiówki – na różowych słuchawkach.

ciąg dalszy nastąpi w niedzielę

PODZIEL SIĘ