Gowin rewolucjonistą czy „Kudrycką, tylko gorzej”? Ustawa 2.0 z perspektywy zaangażowanego studenta

366
views

Tekst ten pierwotnie ukazał się na stronie Opinii Bieżącej

Proces przygotowania przez resort wicepremiera Jarosława Gowina projektu nowej ustawy o szkolnictwie wyższym jest pewnym novum względem działań aktualnie rządzącej koalicji. W przeciwieństwie do twórców kontrowersyjnych ustaw tworzonych trybem poselskim w celu uniknięcia kłopotliwych konsultacji społecznych, publicznego czytania itp. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie bało się wziąć odpowiedzialności za nową legislację i przygotowało się do ustawowego procesu prezentowania wyników prac oraz dyskusji nad nimi. Jednocześnie jednak, przyglądając się całemu procesowi, działania ministra Gowina i jego zespołu służyły czemuś dokładnie odwrotnemu niż jawny, dobrze przeprowadzony dialog z opinią publiczną na temat nowego prawa – najpierw był nieprzejrzysty konkurs na projekt zmian w szkolnictwie wyższym, w wyniku którego wyłonione zostały zespoły o łudząco podobnych do siebie założeniach. W efekcie tego pod koniec zeszłego roku szumnie ogłoszono trzy propozycje projektów, zawierające bardzo zbieżną diagnozę i receptę – parcie na neoliberalną wizję zarządzania uczelniami, jeszcze silniejszy podział na najlepsze uniwersytety i zbędną resztę, wprowadzanie ciał o charakterze biznesowo-nienaukowym do kierowania niepokornymi, leniwymi naukowcami oraz, przy okazji, oferowanie studentom „produktu edukacyjnego”, traktując po macoszemu wartości takie jak partycypacja, demokracja czy kolegialność.

Zamierzonym paradoksem, który zastosował Gowin, było to, że trzy projekty mają swoją logikę, a ustawa będzie miała swoją własną, niezależną od nich. Środowisko miało wytracić energię na debatowaniu nad rozwiązaniami, które nigdy nie miały zostać zrealizowane, gdy tymczasem sam minister i jego wysłannicy w półszeptanych rozmowach mieli ugadywać się z co ważniejszymi rozgrywającymi polskiego świata akademickiego – Konferencją Rektorów Akademickich Szkół Polskich i władzami największych uczelni (które byłyby największymi beneficjentami) – czy wysyłając podarki określonym grupom (np. studentom, zapewniając im zakaz podnoszenia opłat w trakcie studiów, czy doktorantom). Czas płynął, ci, co mieli zająć stanowisko, zrobili to, a ci, co mieli pozostać w błogiej nieświadomości lub błędnych mniemaniach, w dużej mierze zostali. Dziewietnastego września bieżącego roku projekt ustawy wreszcie zostaje zaprezentowany na Narodowym Kongresie Nauki w Krakowie.

Sama ustawa, ku czemu były sygnały, została utemperowana w swoich antyfeudalnych zamiarach. Jest raczej ewolucją tych procesów zapoczątkowanych przez minister Kudrycką za rządów PO-PSL. Posiada ona część rozwiązań, które, przynajmniej w założeniach, mogą być korzystne dla uczestników wspólnoty akademickiej – jak chociażby obowiązkowe stypendia dla doktorantów, wprowadzenie urlopów dla doktorantów mających pracę dydaktyczną, dla studentów przepisy, przynajmniej w teorii uniemożliwiające podnoszenie opłat w trakcie trwania studiów – i należy je ocenić pozytywnie. Również dowartościowanie różnych modeli kariery naukowej potencjalnie może urealnić formę pracy na uczelni i znieść utrudniającą życie fikcję, np. dla pracowników poświęconych dydaktyce. Jednak patrząc na całość, trzeba zwrócić uwagę na najważniejsze, wyraźnie alarmujące kierunku, które można przedstawić następująco:

– na poziomie ustroju uczelni ustawa zapowiada: przeniesienie całej władzy z wydziałów i dziekanów na Senat i Rektora, wprowadzenie nowego ciała – Rady Uczelni – o kompetencjach doradczych (choć brak szczegółowych zapisów może te kompetencje jeszcze zmienić, np. odnośnie do tego, czym miałaby dokładnie być strategia uczelni oraz sprawowanie nadzoru nad zarządzaniem uczelnią i nad jej finansami), składającego się w ponad 50% z osób spoza danej uczelni. Rzuca się w oczy znaczące obciążenie obowiązkami Senatu (będzie odpowiadał m.in. za wszystkie programy kształcenia, za przyznawanie habilitacji, za stworzenie statutu, opiniowanie strategii… słowem, żeby Senat dobrze działał jako nadal, przypomnijmy, ciało reprezentujące cały uniwersytet, będzie musiał działać bez przerwy i bez ustanku). W końcu najbardziej rozszerzą się uprawnienia zarządcze Rektora (w niektórych interpretacjach przepisy sugerują wręcz jednowładztwo w kwestiach finansowo-kadrowych). W efekcie na publicznych uczelniach (i na niepublicznych zresztą też) mamy do czynienia z projektem centralizacji, co może jedynie skutkować dalszym rozrostem administracji rektorskiej i znaczącym umniejszeniem roli ciał kolegialnych (zasypanie obowiązkami Senat będzie skutkowało albo zupełnym paraliżem i chaosem, albo wprowadzeniem rygorystycznego, menadżerskiego stylu zarządzania i procedowania);

– na poziomie krajowym pozornie niewiele się zmienia: uczelnie będą podlegać ewaluacji przeprowadzanej przez PKA (Państwową Komisję Akredytacyjną), spełnianie określonych wymogów będzie wyznaczać ich statusy (dla statusu uczelni akademickiej potrzeba przynajmniej jednej dziedziny z kategorią naukową A+, A i B+ [skala mieści się między A+ a C, novum jest wprowadzenie kategorii B+], dla statusu uniwersytetu uczelnia musi posiadać co najmniej trzy dziedziny z najwyższymi kategoriami). Zmiany te zaczynają być alarmujące, gdy porówna się odmienne warunki dla uniwersytetów najlepiej ocenianych, a dla tych ocenianych po prostu gorzej (chociaż wystarczy mały stopień różnicy, jak między nieistniejącym jeszcze B+ a B). Lepsi będą mieli możliwość ubiegania się o większe finanse („rzecz jasna” na zasadach ostrej rywalizacji), będą miały większą autonomię w kwestii tworzenia programów studiów czy kierunków, wolność w zakładaniu szkół doktorskich czy w habilitowaniu. Uczelnie posiadające pozytywną ocenę kompleksową – bądź w przypadku dziedzin z ocenami A+ lub A – nie będą musiały konsultować z ministrem nowych kierunków studiów. Ich autonomia pozostanie pełna. Tymczasem te niewiele gorsze, niespełniające powyższych wymogów, zostaną skazane na znaczny nadzór ministerialny: dla przykładu artykuły 60-61 pozwalają ministrowi nie przyznać lub cofnąć istniejące już pozwolenie na utworzenie danego kierunku studiów, jeśli zdaniem ministra prowadzenie go będzie sprzeczne z lokalnym lub regionalnym interesem społeczno-gospodarczym. To nie tylko może zamknąć określone kierunki studiów, ale także możliwość kształcenia doktorantów, obniżając tym samym wagę danej instytucji dla regionu. Pomimo ponawianej co cztery lata ewaluacji trudno wyobrazić sobie strategię wydźwignięcia się z niskiej kategorii na tą dającą więcej autonomii;

– co do samego uprawiania nauki, ustawa Gowina przynosi pewne zmiany w metodach ewaluacji dorobku naukowego i oceniania publikacji. Znów jednak nie możemy mówić o rewolucji, a jedynie o kontynuacji już powziętego kursu. Najwięcej obaw budzi zapis mówiący, że wartość monografii będzie zależała od prestiżu wydawnictwa (na wzór artykułów w czasopismach). Jednocześnie ustawa zapowiada ponowne zrewidowanie list czasopism i wydawnictw wraz z ich punktacją – z otoczki wokół ustawy wynika, że liczba tych polskojęzycznych zostanie wyraźnie zredukowana. Zapisy w ustawie odsyłają do jeszcze nieistniejącej decyzji ministra w sprawie nowych list i wytycznych do nich. Jest to zgodne z silną w obozie ministerialnym i sprzyjających mu środowiskach tendencją do jednostronnego chwalenia międzynarodowych form oceny wartości naukowej oraz przekonania, że szansą dla polskiej nauki jest stymulowanie wyłącznie takiego rozwoju, który w efekcie przyniesie wysoką pozycję w rankingach (np. szanghajskim) przynajmniej jednej polskiej uczelni, a także z mglistymi, ogólnikowymi hasłami o umiędzynarodowieniu i konkurowaniu z najlepszymi na świecie. Niepokoi fakt, że bez silnego dofinansowania polskich ośrodków publikacyjnych, uprawianie nauki w naszym ojczystym języku stanie się naukowo nieopłacalne, podobnie zresztą jak zajmowanie się tematami lokalnymi czy w swojej specyfice trudno przekładalnymi, ponieważ może nie być to interesujące dla zachodnich wydawnictw. Co więcej, nieliczne polskie wydawnictwa czy czasopisma wybrane przez Ministra do nowego katalogu zyskają jeszcze większy monopol, podnosząc ceny za publikowanie niezależnie od jakości treści.

Te trzy poziomy, najważniejsze dla przyszłości systemu edukacji wyższej w Polsce, można i należy z wielu perspektyw krytykować. W tym tekście chciałbym się skupić na tej szczególnie mi bliskiej – studenckiej, uzupełnionej wnioskami płynącymi z zaangażowania społecznego: samorządowego i naukowego. Otóż ustawa w swoim kształcie nie daje podstawy do podniesienia fundamentalnej wartości szkolnictwa wyższego, czyli jakości kształcenia, a w gorszych wypadkach wprost w nią uderza. Scedowanie większej liczby obowiązków na mniejsze, kolegialne ciała (Senat i Rektora oraz niedoprecyzowaną rolę Rady), w połączeniu z wiążącymi wymogami ewaluacji, jeszcze bardziej pogorszy szanse studentów na partycypowanie w kształtowanie kierunków i programów studiów oraz podnoszenie ich jakości. W efekcie studenci zostaną zupełnie zepchnięci do roli klientów usług edukacyjnych, które będą partykularnie wytwarzane, albo w trybie uznaniowo-jednostronnym, albo w ociężałym i przewlekłym (w zależności od sposobu procedowania Senatu i regulacji dot. delegowania obowiązków, które będą zamieszczane w Statutach). Przez moje środowisko rozumiane jest to jako ignorowanie dużego potencjału wiedzy i praktyki wśród studentów i doktorantów oraz rezygnacja z potencjału, jaki niesie partycypacja dla podnoszenia jakości kształcenia.

Na poziomie krajowym równie źle prezentuje się przyszłość studentów jako aktywnych uczestników wspólnoty akademickie. Przez wyraźne dążenia do podziału na „lepsze i grosze” uniwersytety i związane z nimi nierówności finansowe oraz nadzorcze ze strony ministerstwa, szanse na rozwój dla młodzieży z miast obdarowanych uniwersytetem z ratingiem A+ i tym poniżej B+ będą jeszcze bardziej nierówne. A przecież już teraz potencjalna mobilność studencka jest wyraźnie uwarunkowana stopniem zamożności i jednostronna (tylko w stronę najlepszych uczelni). Drenaż mózgów będzie odbywał się na poziomie zarówno kadry, jak również lepiej uposażonych studentów, jedynie w stronę wybranych 3-4 miast, gdy tymczasem poziom jakości kształcenia w regionach będzie równał w dół. Obecne już teraz nierówności będą się jedynie wzmacniać – najlepsi (i ci wystarczająco zamożni) studenci na poziomie krajowym będą wyjeżdżać i „odjeżdżać” pozostawionej sobie samej reszcie. Podobny proces będzie zachodził na najlepszych uczelniach – najlepsi studenci na roku będą otrzymywać jeszcze większą gratyfikacje (za cenę jeszcze większej presji konkurowania na zasadach quasi-naukowców), a już teraz, przy programach studiów przeładowanych lekturami, zajęciami i wiedzówką, korzyści mogą odnosić wyłącznie ci studenci, którzy mają albo wystarczający kapitał, by nie musieć pracować, albo ci, którzy zapobiegliwie wywalczą sobie stypendia. Tylko ta wybrana grupa w pełni będzie mogła poświęcić się nauce, czyli w tym wypadku po prostu być na bieżąco z nadmiarem lektur i będzie musiała konkurować z młodymi naukowcami o publikacje czy granty. W tym samym czasie cała reszta studentów i studentek, choćby tylko odrobinę mniej uzdolniona lub nieposiadająca wystarczających pieniędzy, aby nie pracować, będzie jeszcze bardziej i bardziej równana do dołu, a ich niezadowolenie ze studiów będzie rosło.

Atmosfera wokół ustawy 2.0 jest symptomatyczna – obóz polityczny PiS-u jest dość krytyczny, występuje przeciwko elementom liberalnym i uderzającym w regionalne uczelnie, część liberalnej prawicy krytykuje Gowina za zbyt miękką ewolucję, gdy potrzeba ich zdaniem prawdziwiej rewolucji niszczącej doszczętnie uczelniany feudalizm, część liberalno-centrowych mediów, zagubionych z lekka, traktuje porównanie Gowina do Kudryckiej za dobrą monetę i nieśmiało projektowi przyklaskuje, beneficjenci zaś (Rektorzy i ew. środowiska biznesowe) na przemian klaszczą i proszą o więcej. Pytanie więc – jaka powinna być opinia lewicy? Tym razem, paradoksalnie, problem nowej ustawy o szkolnictwie wyższym jest – moim zdaniem – prostszy niż w przypadku innych ustaw aktualnie rządzącej większości. Wątki takie jak centralizacja, umniejszenie kolegialności i partycypacji, silne podkreślanie strategii na rzecz zwiększania nierówności między najlepszymi a wszystkimi pozostałymi i wyraźne pogorszenie sytuacji właśnie tej „słabej większości”, przymusowa elitaryzacja i redukowanie dostępu do tworzenia nauki – te wszystkie sprawy jednoznacznie powinny budzić sprzeciw lewicy. Nasze postulaty, poza zablokowaniem tych najgorszych, wspomnianych rozwiązań, powinny mówić o zwiększeniu udziału całej, zróżnicowanej wspólnoty akademickiej w tworzeniu strategii działania dla uczelni, w nadawaniu kierunku zarówno w aspektach jakości kształcenia, jak i jakości badań. Receptą na źle funkcjonujące instytucje uniwersytetów – ich feudalizm w relacjach między pracownikami i wobec studentów, nieprzejrzystość w wydawaniu decyzji, przeprowadzaniu konkursów, uznaniowe i wielokrotnie niezgodne z prawem rozszerzanie katalogu opłat (lub warunków, w których te opłaty można naliczyć) – nie może być wycinanie całych instytucji i oddawanie jeszcze większej władzy w ręce jeszcze bardziej nielicznych, ale dokładnie odwrotnie – otwarcie się na większy pluralizm, na potencjał partycypacji wśród naukowców, studentów i pracowników, w udoskonalanie procedur, programów czy badań. Dopiero na tej drodze należy szukać zwiększania jakości nauki, zarówno w perspektywie pojedynczych uczelni, jak i całego kraju.

Jeśli lewica chce walczyć o wizję lepszej akademii, to poza najważniejszym postulatem o zwiększenie nakładów finansowych na nią, właśnie tu leży największy potencjał.


tekst: Piotr Drygas, działacz Uniwersytetu Zaangażowanego
redagowała: Natalia Rojek
autor grafiki: Marcin Matuszewski

Współzałożyciel i redaktor gazety Opinia Bieżąca, współtwórca grupy Queer Solidarnie. Lewicowy aktywista, szczególnie związany z działalnością związkową i lokatorską. Studiuje filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Najbardziej interesuje się myślą postoperaistyczną i filozofią polityki.

PODZIEL SIĘ