Co kryje się w polskim „Vogue’u”? Ocenia Joasia Gąska

Stało się – osiągnęliśmy górną granicę postkolonialnej aspiracyjności. Gdyby wciąż obowiązywała fizyka newtonowska, a nie kwantowa, wraz z publikacją pierwszego numeru krajowego „Vogue’a” dołączylibyśmy do wspólnoty krajów cywilizowanych. Oznacza to bowiem dokładnie to samo, co otwarcie drugiego salonu Porsche w Warszawie, czyli HAAAAJS w portfelach z wężowej skórki.

Polska jest jednak przede wszystkim krajem dumy z jedzenia kiełbasy i bekania post factum, więc sytuacja jest nieco bardziej złożona. Stąd (teraz będzie o okładce) okładka, na której dwie wyrwane z PGR-u piękności międzynarodowej klasy premium prężą się na tle krzywej metafory stalinowskiego przyrodzenia z Wołgą (językowy kalambur – incepcja, tłum. dla mniej rozgarniętych) w rogu kadru. Takie zdjęcie każdy by zrobił z zamkniętymi oczami. Jest to też styl wczesnego K MAGA, co niestety oznacza, że wczesny K MAG jest stylowy na skalę światową i można zacząć go zbierać jako relikt naszej lokalnej wrażliwości wysoko artystyczno-kiełbasianej (dla mniej rozgarniętych tłumaczę, bo to ważna wiedza). Yay or nay? Działa, a jak działa, to znaczy, że jest mniej impotentne, niż Stalin, nawet jeśli Stalin – do czasu – charakteryzował się pewnym rozmachem w oraniu różnych kontynentów swoim ego.

Vogue reprezentuje politycznie Polskę postępową i się z tym nie kryje. Wręcz przeciwnie, na łamach pierwszego numeru następuje symboliczna rehabilitacja byłego prezydenta Lecha Wałęsy. Słusznie, bo mało kto przyjmuje do wiadomości, że to jeden z najbardziej holistycznych umysłów pokolenia naszych rodziców / dziadków. Oczywiście, kiedy złośliwie puszcza się w mediach zapętlone wyimki z jego wypowiedzi trwające do 20 sekund wydaje się Dyzmą. Wystarczy jednak posłuchać go 10 minut, żeby zaczęło nam świtać, że w sytuacji skrajnej przełożył filozofię Mahatmy Gandhiego na realia środkowoeuropejskie i że reprezentuje poziom świadomości oraz zdolności analityczne dla większości ludzi zwyczajnie niedostępne.

Dziennikarsko „Vogue” trzyma poziom. Moda jest oczywiście tematem dość błahym, ale i jest rzeczywiście czymś więcej, niż się wydaje, gdyż tak, jak każda dziedzina życia daje się wpisać w antropologiczną analizę i połączyć z innymi warstwami ludzkiego doświadczenia. Tak to właśnie jest podawane i ja to z wyżyn mej bezgranicznej blazy nawet kupuję. Ważną funkcję pełni w „Vogue’u” kultura, którą lubimy zaniedbywać na wszystkie sposoby (od tej osobistej, przez popularną, aż po wysoką), bo bekanie w twarz rozmówcy to nasza narodowa duma, po piłce i skokach narciarskich jest to nasz ulubiony krajowy sport. Dobrze by było z tym skończyć, bo cała patologia w świecie bierze się z dramatycznego niezrozumienia roli kultury. Tonizowanie agresji nie da się przełożyć na pieniądze (w „Vogue’u” się najwyraźniej da, można?, można), a jednak jest to jeden z kluczowych mechanizmów społecznych, które umożliwiają na poziomie jednostkowym uchronienie się przed głęboką nerwicą. Zaraz za dostępną dla wszystkich możliwością zaspokojenia podstawowych potrzeb fizjologicznych, ale to inny temat, tym się akurat zajmuje PiS. Ot paradoks, no ale fizyka kwantowa wjechała wraz z internetem na pełnej k… i trzeba sobie z tym faktem jakoś poradzić. Najlepiej zaakceptować.

W magazynie luksusowym, o którym mowa, pojawiają się również wątki emancypacyjne, co jest oczywiście ważne, bo zupełnie niepotrzebnie emancypacji się obawiamy. Nie spowoduje ona, że heteroseksualni mężczyźni z wąsami umrą przypiekani na wolnym ogniu, może natomiast doprowadzić do większego zadowolenia z życia wszystkich, włączając w to heteroseksualnych mężczyzn z wąsami, którzy może nawet wreszcie rozpoczną jakieś zdrowe życie psychoseksualne. Energia cyrkuluje w zamkniętym obiegu planety i im bardziej zadowoleni są przedstawiciele mniejszości, tym mniej krzykaczy oraz policji noszącej na plecach protestujących. To, że każdy czasem nie ma racji jest inną sprawą, no ale po to wymyślono język, żeby artykułować, o co nam chodzi.

Sesje zdjęciowe, ubrania, kosmetyki, produkty i historie w rodzaju Maria pochodzi z arystokracji i kocha elegancję, pominęłam, bo szczerze mnie nie obchodzą, chociaż ogólne wrażenia estetyczne mam raczej pozytywne.

Podsumowując: z „Vogue’a” nie dowiecie się niczego ważnego poza jednym.

Trzeba mieć klasę. Klasa jest ważniejsza niż wam się wydaje. Klasy można się nauczyć. Klasę można mieć niezależnie od klasy społecznej, w której przyszło nam się urodzić (można jej też zresztą nie mieć siedząc w pałacu ze złota). Klasa jest ponadto jak karma. What goes around, wiadomo, comes around.

PODZIEL SIĘ